ifigenia


 

lektura
gazeta
obraz
książka


2009
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
2008
październik
wrzesień
sierpień
2007
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
2006
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2005
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty







 
 



Wentyl bezpieczeństwa

Utarło się już przekonanie, że literatura, a sztuka w szczególności, przenoszą nas w bezpieczne rejony, w których mit i cierpienie splatają się ze sobą, tworząc nową jakość. Niektórzy utrzymują, że literatura to jedyna przestrzeń myśli wolnej i dalekiej od jakiejkolwiek cenzury. Jak bardzo się mylą pisze w swojej książce Błażej Warkocki.


Literatura w jego najnowszej książce "Homo niewiadomo. Polska proza wobec odmienności", jest wentylem bezpieczeństwa dla ludzi, ale nie jedynym. Proza polska przeszła drogę emancypacji gejowsko - lesbijskiej jakby mimochodem, włączając do swoich szeregów również prasę. Wydaje się, że takie spostrzeżenie w myśleniu o tożsamości polskiego odmieńca jest nowe. Warkocki ma odwagę włączyć w nurt literatury wysokiej choćby wczesne opowiadania, które ukazywały się w prasie gejowskiej na początku lat 90. Jednym z nich było pismo "Inaczej". Pierwsze jego numery odsłaniają nurt literatury wysokiej i popularnej na bardzo dobrym poziomie. Dopiero wraz z kolejnymi numerami i komercjalizacją rynku następuje zalew pornografią.  

Ale "Homo niewiadomo" to jeszcze coś poza analizą rynku wydawniczego w Polsce. Warkocki podejmuje się uporządkować chronologicznie prozę polską, która traktuje motyw odmieńca jako motyw przewodni. Pokazuje więc polskie przykłady wczesnej emancypacji motywu gejowskiego, który ukryty był lub spychany przez cenzurę na dalszy plan. Kilka przykładów z prasy literackiej, która podjęła się recenzji wczesnych utworów Grzegorza Musiała, odsłaniają ten paradoks. Jak prasa i krytyka polska reaguje na motyw odmieńca? Strategii jest dużo. Jedną z nich jest milczenie lub odwracanie porządku wypowiedzi autora, filtrowanie go przez pryzmat mitu albo też wycinanie zupełne jawnych deklaracji. 
 

Zupełnym fenomenem w tym porządku jest rok 2005, w którym wychodzi powieść Michała Witkowskiego "Lubiewo". Warkocki jest przekonany, że to właśnie tę powieścią ruch gejowski w Polsce rozpoczął marsz ku jawnej emancypacji. Nie skreśla to całego pola nieznanej szerokiemu gronu odbiorców literatury, w której o motywie geja czy lesbijki było głośno. Jawna deklaracja autora takiego jak choćby Julian Stryjkowski, który określił się w wieku niemal 90 lat, nie jest ważna. Warkocki bowiem uważa, że ważniejsze dla literatury jest nazwanie poetyki lub wytypowanie bohatera uważanego za gejowskiego. 
 

Rok 2005 jest ważny dla rozwoju literatury gejowskiej również z innego powodu. Przede wszystkim ze względu na rozrywkowy i popularny charakter prozy Witkowskiego. Nagle literatura gejowska doczekała się zupełnie innego kostiumu. Do tej pory jej styl określano jako martyrologiczno - tragiczny, by po pamiętnym roku 2005 przejść w żartobliwy. W pewnym sensie jej zapowiedź stanowiły pierwsze powieści Grzegorza Musiała, które genialnie odbijały ówczesne zainteresowanie polskiej krytyki fenomenem kampu. Kamp i jego sztuczny świat zdominował język Musiała, który był na tyle sugestywny, że oczarował większość polskich krytyków. Powieści Musiała pozwoliły na kolejny eksperyment, z którego jawnie mógł skorzystać Witkowski; swobodne połączenie motywu homoseksualizmu ze sztuką. To właśnie Musiał powiedział pierwsze zdanie, po którym można już było mówić wszystko. To zdanie brzmiało: od tej pory będziemy jawnie mówić o gejach. 
 
 

Błażej Warkocki, Homo niewiadomo. Polska proza wobec odmienności, Sic! 2007.


ifigenia 2009-11-14 10:38:31



Wymięta satyna

Stalinizm wymagał ofiar. Malowano trawę i czyszczono krowy, bo wielki wódz miał przejeżdżać obok zagród. W pewnym sensie namiastkę totalitaryzmu przeżyłam we Wrocławiu. Tuż przed wizytą Jana Pawła II wywieziono z Dworca Głównego wszystkich bezdomnych. To miejsce miało lśnić.

  

 

 

Czy władza kształtuje krajobraz? Tak, w pewnym sensie. O znaczeniu tego prostego faktu i jego skomplikowanych konsekwencjach pisze Herta Müller, niekoronowana gwiazda literacka niemieckiej sceny. Nie kto inny tylko Andrzej Stasiuk w jednej ze swoich książek powiedział bardzo symptomatyczną i dowcipną rzecz o Niemcach. Mają bardzo fajny kraj, byłby idealny do życia, gdyby nie sami Niemcy. Müller to powtarza. Robi to jednak na swój subtelny, jedwabny - nawiązując do tytułu książki - sposób. Styl jej książki to niczym wypluta z ust satyna. Materiał miękki, zmoczony i stracony dla wielkiego krawiectwa. Jej smak pozostaje w ustach czytelnika na bardzo długo. Nie tylko z powodu prostego, łatwo wpadającego w ucho rytmu tej książki. Müller posiadła bowiem wiedzę, która jest już zupełnie niedostępna mieszkańcom świata Zachodniego. Ona czyta nie tylko oczami i poznaje świat za pomocą ukrytego zmysłu.

 

Co to za zmysł? Być może zagadka byłaby głęboka dla mieszkańców dalekiego Zachodu, ale nie nas. My, Słowianie jesteśmy od niego wprost uzależnieni. To silnie zakorzeniony zmysł czuwania, węszenia, podpatrywania świata spod zmrużonych nieufnie oczu. Mieszkańca dawnych totalitarnych królestw poznaje się na pierwszy rzut oka. To ten z pochylonymi plecami, miłośnik poezji i płaskich krajobrazów. Człowiek, który od czasu do czasu pozbawia się jakichkolwiek właściwości.

 

Logiczny, skrupulatny styl niemieckiej pisarki rumuńskiego pochodzenia zdradza jej miejsce urodzenia. Gdzieś w Rumunii, daleko od Zachodniego świata rodzi się głos, który można porównać do siły wyrazu dziecka. Jest coś nieskażonego i wybitnego w surowym, a jednak ludzkim osądzie świata. Czytając „Głód i jedwab" odkrywa się prostą zależność; mówić o plamach nie zawsze oznacza zostać splamioną.

 

Narratorka tej książki jest jedna. W krótkich, treściwych pasażach buduje napięcie jak w prozie fabularnej, mimo że jej książka jest zbiorem felietonów. Zostały one opublikowane w najbardziej poczytnych tygodnikach niemieckich oraz podczas elitarnych zjazdów intelektualistów w Europie. Niejednokrotnie jej teksty były czytane podczas wręczania nagród państwowych, które w dość przewrotny sposób podkreślały charakter pisania. Oto bowiem teksty mówiące o krzywej idei państwowości w jednym kraju były odczytywane w zupełnie innym kontekście podczas oficjalnych zjazdów. Czy siła pojedynczego, wyrafinowanego i przedestylowanego przez doświadczenie głosu, mogła wpłynąć na zmianę myślenia niemieckich intelektualistów? Zastanawiałam się nad tym, czytając Müller.

 

Obszar doświadczeń, który odkrywa przed czytelnikiem niemiecka (rumuńska: do wyboru) intelektualistka, pokrywa się idealnie z pejzażem komunistycznym każdego z krajów wielkiego bloku. Również Polska inwestowała w prawdziwą hodowlę wielkich sportowców, traktując ich ciało jak materiał na sprzedaż. Sprzedaż i wykorzystanie. Sprzedaż i pretekst do podjęcia ryzykownej gry z oficjalną procedurą badawczą. Gry z przesuwaniem ustanowionych wcześniej reguł i granic możliwości fizycznych człowieka. W socjalizmie bito bowiem nieludzkie rekordy. Müller obserwuje zmagania z wielkim obciążeniem i wielką grawitacją w warunkach socjalizmu i kapitalizmu równolegle, mimo że dzieli je sporo lat różnicy. Narratorka doskonale jednak wyczuwa w sobie dwubiegunowość pewnych myśli i doświadczeń, wierząc, że dualizm został jej zaszczepiony w Rumunii. Sportowiec rumuński biegnie po zwycięstwo dla państwa, niemiecki dla kraju. Mniej więcej na tym polega główna i najważniejsza różnica w postrzeganiu systemów.

 

Największą zaletą tej skromnej książki jest jej lekkość (znowu nasuwa mi się skojarzenie z jedwabiem) i prostota. Müller pisze tak jak myśli; tradycja takiego pisarstwa sięga przede wszystkim literatury zakazanej, która mogła się objawić światu w tak zwanym „drugim obiegu". Właśnie w tej konwencji pisarze mogli nareszcie wypowiadać odważne sądy nie wysługując się ozdobną metaforą, ale święcie wierząc w zdrowy, ludowy osąd. Słowa musiały brzmieć prostolinijnie, a cała opowieść mieć konkretny kształt. Müller daje światu swoją prostotę i zdziwienie cudzoziemca. Solidny, wiejski sposób przeżywania świata przypomina warsztat innej pisarki rumuńskiej; Aglaji Veteranyi.

 

„Rumunia jest PODTEKSTEM tego, co dzieje się w Niemczech na moich oczach" - pisze na stronach swojej rozprawy Müller. Jej obraz świata budowany jest w błyskotliwych odsłonach, ma barwny, połyskliwy kształt, opiera się niemal w całości na szczególe. Jej pisarstwo to przede wszystkim łowienie najbardziej sensualistycznego zapisu rzeczywistości. A jednak jest w świecie rumuńskiej pisarki coś podejrzanego, co sama wychwytuje i rytualnie próbuje oczyścić. To słowa. Nie tyle ich zapis, ile ich użycie powoduje, że język, w którym się mówi jest coraz bardziej podejrzany. Świat przedstawiony z perspektywy cudzoziemki, kobiety dwujęzycznej, rani swoją obcością. Bo tak naprawdę Müller nie znajduje sobie nigdzie bezpiecznego, gościnnego domu. Wszędzie czai się słowna pułapka. Śledzenie słów należy do drugiego tropu, po którym łatwo można zgadnąć, skąd pisarz pochodzi. Wschodni świat i jego nomenklatura zdeformowała zdrowy rozsądek kilkuletniego dziecka i nałożyła fałszywą terminologię na język dzieciństwa. Stąd nieufność do słów.

 

Czytając rozprawę ze słowem podejrzanym przypominam sobie o jakże polskim i wielostronnym „załatwianiu" różnych spraw. Nie tak dawno dziennikarze Radiowej Trójki chcieli to słowo wyrwać z polskiego języka. Okazało się jednak, że polskiego „załatwić" nie da się zastąpić niczym innym. Müller z nostalgią i rozgoryczeniem wskazuje na niemieckie „zameldowanie", które odnosi ją nie tylko do spraw urzędowo - biurokratycznych, ale przede wszystkim języka tajnej policji.

 

Najciekawszym rozdziałem tej książki jest jednak niewątpliwie kazus o czystej poezji. I to nie tyle „czystej" w pojęciu wielkich poetyk, ile podejściu do czegoś w kontekście sakrum. Müller jest przekonana, że miłość do poezji w krajach Bloku Wschodniego ratowała ludziom godność. „Miłość do liryki w Europie Wschodniej - pisze autorka - nie jest żadnym pięknym mitem." Bo miłość do pojedynczego słowa lub całej frazy miała w sobie moc ocalającą. Przyklejało się ukochany wiersz do drzwi szafy i nie cierpiało się już ze strachu. Poza tym, jak przypomina sobie pisarka, strasznym przestawała się wydawać rewizja. W głowie pozostawała bowiem, niczym mantra, fraza czegoś prostego i nieskalanego.

 

Müller rozpacza, bo opuściła swój rodzinny kraj. W nowym porządku nie potrafiła się odnaleźć, więc pozostało jej życie w ciągłym ruchu. Pisanie nowych opowieści i wypowiadanie słów ma moc terapeutyczną w jej przypadku i jest niczym ostatnia modlitwa tuż przed snem. Müller istnieje dzięki odległości i dzięki niej mogła się narodzić jako pisarka. To symptomatyczne dla pewnych zawodów i powołań; stajemy się kimś z powodu goryczy i wielkiego rozczarowania. To odległość i wygnanie ulepiło jedną z najbardziej żarliwych felietonistek współczesnych Niemiec. Znowu okazało się jednak, że to, co najbardziej wartościowe nie pochodzi wprost z tego kraju. Czyżby klątwa państwa spustoszonego przez Narodowy Socjalizm nadal działała? Herta Müller jest tego najlepszym dowodem.

 

Herta Müller, Głód i jedwab, przełożyła Katarzyna Leszczyńska, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2008.


ifigenia 2009-10-13 11:19:54



Mityczny urok głuptaski

Spektrum tego opowiadania rozciąga się wzdłuż mitu o wielkiej Rosji, świętej Rusi i światowego mocarstwa komunizmu. Pośrodku tego wszystkiego trwa walka o duszę pojedynczego człowieka. Kto zwycięża w tej opowieści, kategoryczny racjonalista czy skłonny do mistycyzmu marzyciel?


Powieść „Głuptaskę” Swietłany Wasilenko porównuje się w Polsce do prozy Tadeusza Konwickiego. Nie tyle jego rytmu, ile opowieści o wielkiej tęsknocie za lepszym światem na Wschodzie Europy. Krótka powieść jednej z najlepiej sprzedających się pisarek wschodniego mocarstwa przypomina zasłuchanie się w to, co głęboko rosyjskie lub z nim utożsamiane. Krytycy na świecie bardzo często piszą, że powieść Wasilenko jest prostą kontynuacją dokonań pisarskich Fiodora Dostojewskiego. Pisarka nie odżegnuje się od tego powinowactwa, choć sama przyznaje, że należy raczej do nurtu pisarzy krytycznie oceniających rzeczywistość i realistycznie patrzących na świat. Wychowana w miasteczku na skraju stepu, które swego czasu odwiedzali najsłynniejsi kosmonauci radzieccy, m.in. Gagarin i Tierieszkowa, należy dziś do grona najmodniejszych pisarzy rosyjskich. Jest też obok Władimira Sorokina towarem eksportowym numer jeden. Jej książki sprzedają się bardzo dobrze bez dodatkowych skandali czy wielkich rekomendacji.


Miasteczko otoczone kolczastym drutem, które posiadało jedną z najnowocześniejszych wyrzutni rakietowych w Związku Radzieckim, w którym mieszkała autorka „Głuptaski”, należy do współczesnych odmian ziemi obiecanej. Z takiej perspektywy łatwo napisać książkę popularną, trudniej mit o współczesnej Rosji. A jednak to właśnie z mitem wielkiego mocarstwa i komunizmem polemizuje Wasilenko. I robi to w sposób iście mistrzowski.


Wystarczy przeczytać kilka pierwszych kartek powieści, żeby poczuć smak doskonale skomponowanych scen z filmów Nikity Michałkowa. To właśnie filmowość tej powieści i spojrzenie na wszystko jak przez pryzmat kamery, powodują, że książkę zapamiętuje się niemal w całości. Jest bardzo dobrze zbudowana z krótkich, wzajemnie się zakleszczających scen. Do dziś pisarka czeka na ekranizację książki, do której przymierza się kilku znanych reżyserów.


Całym światem przedstawionym w powieści rządzi autonomiczna zasada senności i zjawy. Oto cały świat Rosji zamyka się we śnie lub przewidzeniu wybranej spośród wielu, głuptaski, która ma specjalne zadanie od Boga: ocalić Związek Radziecki przed katastrofą nuklearną. Jak udaje się jej tego dokonać? Musicie przeczytać sami. Książka ma zaledwie 150 stron, na których zostały zapisane i przetworzone niemal wszystkie mity związane z dawną Rusią i współczesnym Związkiem Radzieckim. Co więcej, Wasilenko zadała sobie trud postawić kilka ważnych, najbardziej aktualnych pytań związanych z funkcjonowaniem współczesnej Rosji. Jaki kształt powinna mieć i z kim wchodzić w przymierze? Pytania Wasilenko mają charakter otwartego dyskursu rosyjskiej inteligencji. Czy jej głos jest rozumiany we współczesnej Rosji?

Sennośc czy majaki bohaterów to tylko najbardziej powierzchowna warstwa tej powieści. Tuż pod nią rozciąga się nieprzebrane bogactwo środków, za pomocą których Wasilenko przykuwa uwagę widza. Jest wśród nich umiejętność połączenia kontrastów, niedoścignione opisywanie ruchu oraz stylizacja na wysoki, modlitewny ton popów. Książka nieprzypadkowo ma podtytuł „Rozprawa żywota”, co najprościej można przetłumaczyć jako rozmowa o Przeznaczeniu lub żywot świętego. „Głuptaska” pozostaje więc przypowieścią o zaradnej świętej, która śladem wszystkich wielkich męczenników podąża drogą przez cierpienie ku światłości. Każdy, kto spotka na swej drodze głuptaskę, a więc „wierzącą, umiłowaną przez Jezusa”, może liczyć na cud. Na najwiekszy zaś cud, zdaniem samej Wasilenko, zasługuje Rosja.


Wiekszość scen w powieści zdumiewa swoją delikatnością i rubasznością zarazem. Z niektórych bije biblijna mądrość i prostolinijność. Wypada się zastanowić, czy pisanie w rytm mitu nie jest rodzajem narodowej terapii jaką zaczyna uprawiać coraz więcej rosyjskich pisarzy. Pokolenie Wasilenki szuka odpowiedzi na niepokojące pytania o kształt i zwyczaje poprzedniego ustroju, a także koszmarną tradycję Związku Radzieckiego, który przed nikim nie musiał się tłumaczyć. To współczesna, dzisiejsza Rosja musi sobie odpowiedzieć na pytanie o sens dziejów, w których najprostszy podział na dobro i zło przestało mieć jakikolwiek sens.


Interesująco na tym tle wypada warsztat Sorokina i samej Wasilenko. W przeciwieństwie do Sorokina, który źródła totalitaryzmu szuka na zewnątrz, Wasilenko bada jego zręby od środka. Buszując po najbardziej intymnych i ciasnych obszarach wyobrażonego świata. Ją interesują małe wiejskie sceny. To dla niej przejawem mądrości może być wiejskie dziecko. Również w jej prozie dziecko, które jest szalone, nabiera cech romantycznego medium, które w alegoryczny sposób rozgrzesza i myje współczesny świat. W końcowej partii powieści dziewczynka rodzi słońce. To nowe, czyste słońce dla nowego, wspaniałego świata. Rosyjskie feministki wskazały na związek tej sceny z przypowieściami o zmartwychwstaniu Jezusa oraz związkach jakie ma z legendą o Mojżeszu.


Nie można się nudzić podczas lektury tej niezwykłej książki, ponieważ jej akcja opiera się na krótkich, dynamicznych scenach. Przesuwają się one przed oczami czytelnika niczym fotografie puszczone w ruch. Wasilenko interesuje się techniką filmową, sama studiowała reżyserię. Jej pisarstwo wyrasta z eksperymentów formalnych. Główna bohaterka tej powieści jest niczym osadzona w miejscu kamera. Jej obserwacje z punktu osamotnionego świadka przypominają oświeceniowe powiastki o wędrówkach po rozum do głowy. Rosyjski Kandyd przerasta świadomością swoje pokolenie.


Wasilenko to również niezwykle malarska proza. Całą książkę czytać można jak barwny, wierny najdawniejszym kopiom apokryf, który przykuwa uwagę swoją nieprzewidywalnością i skłonnością wiary w cud. Apokryfy były z reguły ilustrowane w bajeczny, swobodny i bardzo kolorowy sposób. Wiejski – powiedzieliby entuzjaści miejskich rozrywek. Wiejska jest także wiara w to, co najbardziej naiwne i naturalne. Wiejskie są w końcu opowieści, które przeplatają się w tej książce. Zdumiewa kryształowy ton, na który zdobyła się pisarka. Nie ma w tej powieści ani jednego fałszywie brzmiącego zdania, a wszystko co zostało spisane genialnie odstaje od współczesnej cywilizacji. To dlatego „Głuptaska” podoba się ludziom zmęczonym niewygodnym rytmem coraz bardziej pośpieszającej kultury.


Skosztujcie Wasilenko jeszcze dziś i spójrzcie sami, co kryje się za żelazną kurtyną świata, o którym Kevin Arnold, bohater kultowego serialu w Ameryce mówił „cudowny”. Swietłana Wasilenko dopisuje drugą część do opowieści, która swego czasu również w Polsce gromadziła przed telewizorami tysiące entuzjastów „Cudownych lat”. Dla tamtego pokolenia czas zimnej wojny i wielkich, niezwyciężonych mocarstw należą do tego samego – czasu przeszłego dokonanego.


Swietłana Wasilenko, Głuptaska, Wydawnictwo Czarne 2007, tłumaczył Jerzy Czech.
 


ifigenia 2009-10-09 13:55:47



Szare mydło

Szare mydło, zrobić kogoś na szaro, wykiwać, podłożyć nogę w sieci. To tylko niektóre powiedzonka krążące wśród najmłodszych użytkowników sieci w Wielkiej Brytanii, którzy na co dzień zasiedlają coraz wymyślniejsze serwisy społecznościowe.


Zwiększyła się dzięki temu agresja wśród nastolatków, ale zmniejszył się wandalizm. Ulice pustoszeją o zmroku, bo wszystkie nastolatki, których na to stać, siadają do swoich komputerów. W pewnym sensie zwolnieni z ich wychowania pozostają rodzice, którzy w świecie społeczności czują się coraz bardziej zagubieni. Nie nadążają za swoimi dziećmi, nie potrafią także pozbawić ich dopływu do sieci. W sumie, jak mawiają psychologowie szkolni, wszyscy przeżywają poważne kłopoty w związku z pojawieniem się Internetu. Tylko niektórzy z nich nie czują się zgodnie z tytułem, zrobieni na szaro.  

Sieć w Wielkiej Brytanii podobnie jak w pozostałych krajach Unii Europejskiej, to najlepsza rozrywka i podstawowe źródło informacji wśród ludzi młodych. Ostatnie badania pokazują jednak, jak sieć może wpłynąć na życie zawodowe nastolatków. Jak się okazuje serwisy społecznościowe, które karmią się danymi personalnymi, równie łatwo przechowują je, jak i odsprzedają. Najczęściej firmom rekrutacyjnym. Po co? W celu wyłowienia i odrzucenia przyszłych pracowników.  
 

Karty, w których obok nazwiska wymienia się wpadki, zainteresowania, opowieści i cytaty z rozmów między użytkownikami serwisów społecznościowych, nie należą do rzadkości. Kartoteki te trafiają na stół wraz z papierami rekrutacyjnymi, przestrzega organizacja  Information Commissioner's Office (ICO). Według niej to właśnie popularne dziś serwisy społecznościowe rujnują życie przyszłym pracownikom. Z rzędu ich danych, zdań upchniętych między bitami, można dowiedzieć się rzeczy podstawowych i informacji poufnych. Trzeba tylko umieć szukać. 
 

A jednak mieszkańcy Królewskich Wysp kochają serwisy, które w komplementarny sposób zaspokajają ich potrzeby bycia i bycia zauważonym w sieci. To właśnie na MySpace, Facebook czy Bebo kwitnie obecnie życie towarzyskie. Od sieci do klubu - nie inaczej przebiega droga współczesnego klabbingu. Kto tamtędy nie chodzi, tego nie ma. Aby ostrzec młodych mieszkańców Wysp organizacja uruchomiła stronę, na której można prześledzić dokładnie drogę wydostawania się poufnych i niepożądanych informacji. Do nich należy choćby wiek inicjacji seksualnej, problemy w życiu erotycznym czy przebyta depresja. 
 

Co ciekawe, aż 70 procent młodych ludzi, którzy obecnie mają od 14 do 21 lat, nie chciałoby, żeby podstawowe informacje z ich życia dostały się w ręce przyszłego pracodawcy. Paradoksalnie, ponad połowa z nich nazywa "przyjacielem" pierwszą napotkaną w sieci osobę. Co więcej ponad połowa z nich od razu podaje datę swojego urodzenia, 1/4 miejsce pracy, 10 procent adres domowy, a 2 procent nazwisko rodowe swojej matki. 
 

Serwisy społecznościowe pozostają jak dotąd najlepszym źródłem pozyskiwania danych nie tylko o ludziach. Jak pokazuje przykład Stanów Zjednoczonych i części Europy, internauci zamieszczają na serwisach bardzo rzetelne dane o produktach, które kupili. Jeśli więc istnieje gdzieś w sieci miejsce idealne dla specjalistów do wizerunku marek, to jest nią na pewno portal społecznościowy. W konwencji swobodnej rozmowy ludzie bardzo często przekazują sobie najwartościowsze informacje dotyczące rynku. Potrafią w lot ocenić produkt danej marki i zarekomendować udany towar. Równie szybko w sieci rozprzestrzenia się zła opinia o produkcie. Biada temu, kto naraził się aktywnym maniakom sieci. 
 

Sieć bywa też miejscem wymiany pożytecznej informacji. Ponad 90 procent użytkowników pisze w niej, żeby doradzić innym. Po dokonaniu zakupu testuje szybko produkt i zamieszcza o nim wyczerpujący opis. Dzięki temu inni mogą podążyć tę samą drogą. Aż 79 procent internautów twierdzi, że opiera się na zdaniu innych użytkowników sieci przy wyborze produktu. Widać zatem, że sieć i serwisy społecznościowe mają dwojaki zastosowanie. Jak w powiedzeniu o szarym mydle; zamydli oczy, ale również je wymyje.

  


ifigenia 2009-10-09 13:53:10



Kantor i jego śmietnik

Ze śmietnika kultury korzystają wszyscy wielcy twórcy. Zrezygnować z odpadów to jak odsunąć ręką syto zastawiony stół. Prawda, że to niepoważne? Tak myślał Tadeusz Kantor. W takich kategoriach opisał go Krzysztof Miklaszewski.


W śmietniku tkwi olbrzymi potencjał kreacyjny. Do śmietnika jak do recyklingu idei nurkowali najwięksi poprzedniej epoki; Schulz, Gombrowicz, Witkacy. Szukali tam nie tylko dalekiego odbicia własnych idei, ale również świeżego posiłku złożonego. No właśnie z nowych zapożyczeń. Idea kultury w książce Miklaszewskiego ma wiele wspólnego ze współczesnym śmietnikiem, w którym wszyscy szukamy jakiś resztek, czyli Internetem. To właśnie z jego najbardziej narzucającą się formą, jaką są blogi, kojarzy się najnowsza książka mima i aktora jednocześnie. Człowieka Kantora, który przez piętnaście lat swojego życia nie dostępował mistrza na krok.  

Kto kogo pożegnał? Podobno Miklaszewski Kantora, który zwykł mawiać, że do jego teatru wstęp mają nieliczni, zrezygnować samodzielnie nie może jednak nikt. A jednak przypadek, upór lub zwykły spór czy zmęczenie zdecydowały, że Miklaszewski opuścił swojego mistrza przed śmiercią. To, co zostało jednak po piętnastu latach wspólnych wędrówek potrafi twórczo wykorzystać do dziś. Pisząc kolejne książki. "Między śmietnikiem a wiecznością", które wydał Państwowy Instytut Wydawniczy, powinno było powstać dziesięć lat temu. Dokładnie wtedy ówczesny dyrektor wydawnictwa podpisał umowę na książkę o Kantorze. Przez dziesięć lat jednak na polskiej scenie wydawniczej działo się niemało, na książkę o Kantorze nikt jednak nie czekał. 
 

Zacznę od anegdoty, którą opowiada Miklaszewski. Podobno prawdziwą fortunę zbił pewnego dnia w Krakowie właściciel kantoru, który nazwał od nazwiska samego reżysera i twórcy teatru. Kantor Wielopole ściągało tłumy początkowo zdezorientowane, z czasem coraz bardziej przywiązane do nowej budki na starym mieście. To pokazuje fenomen popularności Tadeusza Kantora, którego wielu ludzi kojarzyło ze sztuką choć nie do końca rozumiało. Spektakle mistrza reżyserii spotykały się początkowo z odrzuceniem przez środowisko i krytykę. Dopiero w wiele lat później przyszło to, na co czekali pierwsi aktorzy amatorskiego teatru, zrozumienie i wielkie pieniądze. Niektórzy do dziś żyją z tantiemów po mistrzu. Inni wybudowali domy i kupili zachodnie samochody w czasie, kiedy poważne teatry przeżywały kryzys ekonomiczny. Kantor był lubiany za granicą. Niektórzy twierdzą, że również przez władze PRL-u. 
 

Kantor to jednak walka o kontekst, którą prowadził nie tylko z wielkimi postaciami teatru i malarstwa, ale i samym sobą. Zrobić coś w określonym kontekście, zadbać o kontekst, wypracować właściwy kontekst, oto codzienna walka mistrza. Walka, w której nie oszczędzał najbliższych współpracowników. Kantor był niczym dyktator w małym państwie, który stworzył na własny użytek. Gromił, przeganiał, przywracał do łask. Był instytucją poza wszelką instytucją, człowiekiem bez kontroli, któremu wszystko było wolno. W pewnym sensie ten brak instytucjonalności ratował mu skórę. Był jak Piotr Skrzynecki i jego Piwnica Pod Baranami - nie do ruszenia. Dlaczego? Bo formalnie niczego takiego, jak teatr Kantora nie było. 
 

Konteksty Kantora: teatr, bo wciąż coś inscenizował. Słowa, bo mówił w sposób niezwykły o sztuce. Sztuka, bo wciąż ją tworzył wokół siebie. Wielkimi nauczycielami dla tej formy byli Karol Frycz i Andrzej Pronaszko. Jego akademickie wykształcenie było najlepszym z możliwych w ówczesnej Polsce. To on mógł także wyjechać w 1948 roku na czteromiesięczne stypendium twórcze do Paryża. To stamtąd przywiózł pierwszą wizję swojego teatru. Czyli czegoś na styku malarstwa i aktorskiej gry. W Polsce szalał socrealizm, w głowie Kantora najświeższe nurty światowej sztuki. 
 

Teatr jest dobry - mawiał Kantor - bo leży blisko życia. W 1956 roku porzuca raz na zawsze malarstwo, żeby zająć się scenografią w teatrze. Przez kilka lat będzie to jego ukochany zawód. Po kilka latach pracy porzuci jednak profesjonalny teatr, żeby założyć swój. Amatorski teatr z widokiem na wielką przyszłość. Czym jest teatr Kantora? Aktorem mówiąc najprościej i oscylowaniem wokół dwóch czasów; teraźniejszego i przeszłego, który staje się teraźniejszy. Do zrobienia dobrego przedstawienia potrzebne jest Kantorowi na początku słowo przeczytane (wielcy mistrzowie pióra tacy jak; Witkacy, Schulz czy Gombrowicz), miasta podobne do tych, w których egzystuje dziś Wilhelm Sasnal (Kraków i Tarnów) oraz polsko - żydowskie korzenie i jego Wielopole. 
 

Książka Miklaszewskiego jest palimpsestem zszytym z wielu wyciągniętych z kartonu kartek i przypisów. Wypowiedzi wielkich sław mieszają się w niej z wywiadami z Kantorem, fiszkami z prób, zapiskami z filmów dokumentalnych. Sam Kantor wypowiada się w niej w sposób kategoryczny i nie znoszący sprzeciwu. Zwłaszcza o artystach epoki socrealizmu i komunizmu, którzy dali sobie założyć na usta knebel, to znaczy byli do tego powołani. 
 

Wielkość Kantora rozciąga się pomiędzy zdaniem: "Rozwój to nie jest doskonalenie się, ja nie wierzę w doskonalenie" a "Sztuka nigdy nie ilustruje. Tylko zła sztuka ilustruje". Jego teatr rozpięty jest na sztaludze i fascynacji reżyserią, która odsłania, obnaża swój warsztat. Wiadomo jest jednak, że Kantor szalenie nie lubił, kiedy mówiło się cokolwiek o jego metodzie pracy z aktorami, mimo że stanowiła ona novum na miarę światową. Między innymi ciekawość ściągnęła na jeden ze spektakli samego Jerzego Grotowskiego w przebraniu starej Indianki. Tylko w ten sposób mógł wejść na spektakl swojego odwiecznego adwersarza. 
 

Wielki mag polskiego teatru i wielbiciel śmietników poszukiwał inspiracji u Jacka Malczewskiego. To właśnie w jego malarstwie upatrywał zarodka współczesnej literatury i reżyserii właśnie oraz skłonność sztuki nowoczesnej do sakrum wymieszanego z profanum. 
 

Co pozostanie po Kantorze i książkach samego Miklaszewskiego? Być może słuszne narzekanie mistrza na niepokojące przejawy kultury masowej, która spadła na współczesność jak sęp. Masa zaprzecza elitarności, zwykł mawiać mistrz polskiego teatru. Jedyna masowość zjawiska do strawienia to kawiarnie. Dlatego, m.in. w każdym kontrakcie zagranicznym, Kantor wymagał obecności w pobliżu swojego miejsca prób, tłocznej i popularnej kawiarni. 
 

Ale Tadeusz Kantor to coś więcej. Jako jeden z pierwszych protestował przeciwko czemuś, co stało się regułą w państwie Giertychów, a mianowicie łączenia kultury z polityką. Patriotyzm ze sztuką ma niewiele wspólnego, mawiał i protestował czynnie przeciw wyrzucaniu z muzeów współczesnego malarstwa. 
 

Miklaszewski dokonuje swoją książką pewnego podsumowania. Zwykle uznaje się Kantora za twórcę wyłącznie teatralnego, zapominając, że malował i znał się na malarstwie jak nikt. Tymczasem z książki Miklaszewskiego możemy się dowiedzieć, że tak naprawdę Kantor dokonał przesunięcia w gatunku teatru w stronę większej malarskości zjawiska. Czego nie było nigdy przedtem. Dzieło sztuki musi pozostać zamknięte - postulował za życia Kantor. To znaczy nie nastawiać się na nadmierną ekspresję. Dzieło otwarte, które tak wychwalał w swojej strukturze Umberto Eco jest zbyt łatwe w odbiorze, i tym samym skazane na zagładę. 
 

Nieprzewidywalność cieszyła entuzjastów Kantora. To w jego rękach leżał los poszczególnych przedstawień. Jedno z nich zrealizował w końcu w szatni teatralnej. Ale Kantor to także wnikliwy komentator sceny politycznej, którą detalicznie omawia przed każdym spektaklem. O sobie: "Ciągle myśląc o tym spektaklu... ciągle... wpadłem już w kompletną dezorientację. W czasie pracy wpadają różne elementy przypadkowe na zasadzie mojego "talentu - antytalentu". To znaczy: ja nie konstruuję, tylko mam szczęście".
 Szybkość z jaką pracował, tempo, brawura, ostrość, widać to wyraźnie po zapisach rozmów oraz filmów z prób. Chyba najpełniej śmietnik samego Kantora charakteryzuje Andrzej Wełmiński, grafik, malarz i reżyser, aktor Cricotu 2. W jednej z rozmów tak charakteryzuje osiągnięcie swojego mistrza: "Określenie Cricotu teatrem nie wyczerpywało w pełni zakresu jego działania. Był to raczej ruch intelektualny i artystyczny pewnej grupy, pewnej formacji złożonej z bardzo różnych indywidualności. Skupiał wielu aktorów i wybitnych artystów, których udział w teatrze był integralną częścią ich własnej twórczości."      
   
 

Krzysztof Miklaszewski, Tadeusz Kantor, Między śmietnikiem a wiecznością, PIW 2007.


ifigenia 2009-10-07 12:40:32



Język intymny, wyznanie publiczne

Trzeba było prześledzić 10 tys. użytkowników blogów, żeby stworzyć portret językowy społeczności, dla której język intymny niewiele różni się od języka dnia codziennego. Blogi kobiet i mężczyzn różnią się stylem, w kwestii wulgarności zbliżają się do siebie.


Język intymny w sferze publicznej, jaką jest Internet, zachowuje swoją specyfikę. Różni się też od języka intymnego ludzi, którzy wypowiadają słowa w swojej i tylko swojej obecności. Wystarczyło prześledzić 10 tys. użytkowników anonimowych blogów, żeby zebrać interesującą pod kątem słowotwórstwa analizę. Zrobiła to Joanna Nina Karczmarewicz. Wyniki ankiet zebrała i opublikowała w swojej pracy magisterskiej. Publicznie podzieliła się nimi podczas pierwszego w Polsce Festiwalu Blogów, który zorganizowała w listopadzie "Rita Baum".  

Dla prowadzenia bloga ważna jest regularność wpisów. Badane przez autorkę blogi musiały charakteryzować się częstymi wpisami i małymi przerwami w pisaniu. Analiza stylu pisania mężczyzn i kobiet przebiegała w ich naturalnym kontekście. Oto kilka uwag. 
 

Blogerzy zwykle piszą o mężczyznach w kategorii ich wyglądu zewnętrznego, biorąc pod uwagę ubiór, intelekt, charakter, umiejętności oraz relacje, jakie ich łączą. Jeśli chodzi o kobiety, blogerzy piszą o nich najczęściej ironicznie. Pojawiają się w opisach porównania do wyrobów czekoladopodobnych, laluń i dam. Kobiety blogerki tymczasem opisując urodę mężczyzn porównują ich wygląd do wspaniałych Rzymian, odwołują się do określeń zaczerpniętych z antyku. Czasem sięgają do określeń tak pierwotnych, jak pierwszy człowiek na ziemi, prymitywny Adam czy bohater spod Troi. 
 

Same kobiety piszą o innych stosując bardzo ostre kryteria w opisie wyglądu zewnętrznego. Mężczyźni tymczasem porównują swój intelekt i umiejętności. Najbardziej interesujące badania w pracy Joanny Niny Karczmarewicz dotyczą jednak sfery seksu. To właśnie o niej powstaje najwięcej dzienników sieciowych, na których opisuje się detalicznie moment zakochania, a potem wzajemnej konsumpcji. Można śmiało napisać, że większość internautów z pisaniem o seksualności sobie zupełnie nie radzi. Odwołuje się do języka medycyny, gwary i slangu młodzieżowego lub wulgaryzmów. Miłość fizyczna spełnia się po kieliszku, bywa przyrównywana do Dionizji lub snu. Kobiety znacznie częściej podkreślają jak ważny w ich życiu jest flirt. 
 


Internauci, autorzy prywatnych zapisków publikowanych w sieci, równie często stosują zamienne nazwy na określone części ciała. Kobiety częściej piszą jednak neutralnie, a mężczyźni wulgarnie. Równie często u obu płci stosuje się metafory i porównania. Bliżej do grafomanii kobietom, mężczyźni znacznie częściej ratują się humorem. Co ciekawe, Internet wymaga użycia wielu wykrzykników, które podkreślają silne emocje towarzyszące zbliżeniu. Wszystkie wykrzykniki zastępują gesty czy opisy poszczególnych epizodów. W momencie spełnienia obie płcie równie często odwołują się do Boga, Matki Boskiej, Jezusa lub błogosławieństwa Amen. To, co różni kobiety piszące od mężczyzn to ilość językowego wzdychania, zamyślania się i dość bogobojny stosunek do opisywanych zjawisk.
  


ifigenia 2009-10-07 12:38:30



Powolny czarterowiec

Zbyszek Cybulski to człowiek legenda, o którym mogą z równą łatwością mówić wielcy reżyserzy i aktorzy, jak i zwykli widzowie. Dopóki żył, krążył niczym statek na orbicie wokół planów filmowych, kabaretów i przedstawień teatralnych. Był równie często widoczny na plakacie filmowym, co dworcu. Pochłaniały go drobne sprawy i wielkie przedmioty. Zginął tak, jak żył; w pośpiechu.


Cybulski miał szczęście do wielkich reżyserów i kolegów, którzy ratowali mu skórę przed upadkiem. Gdyby się dobrze zastanowić, można by powiedzieć, że Cybulski stał się symbolem straconego pokolenia wbrew sobie. I to właśnie życie przez pryzmat symbolu człowieka przegranego, skazało go na śmierć. Najpierw uporczywie walczył z przyzwyczajeniami reżyserów do pewnego stylu aktorstwa przed kamerą, potem, kiedy stał się już "tym Zbyszkiem", walczył z popularnością. W międzyczasie powstawał gdzieś obok realnego człowieka mit, który wciągnął go i zniszczył jak żywioł. Cybulski płacił za to najwyższą cenę; sława wymagała picia i biegu przez życie. A biegł oznaczał samotność i picie.


Książka, która właśnie ukazała się na rynku nakładem Państwowego Instytutu Wydawniczego nie jest peanem na cześć wielkiego aktora, ale zbiorem prawdziwych historii na jego temat. Została zebrana niczym pośmiertny tren żałobny na cześć Agnieszki Osieckiej, koleżanki Zbyszka, którą dopiero po śmierci można było przywrócić do życia. Podobnie było ze Zbyszkiem Cybulskim; to śmierć wywołała żywsze i znacznie prawdziwsze wspomnienia jego przyjaciół, które dalekie były od stalowego mitu. Z lektury książki wyłania się człowiek drobiazgowy, nieco nieprzytomny i zajęty krzątaniem się wokół kolejnej roli. Człowiek czarterowiec; śpieszący się, biegnący gdzieś z planu na plan, popychany przez nowe role i zlecenia. Być może jego oderwanie się od życia, o którym wspominają niemal wszyscy znajomi, sprawiło, że zginął w najbardziej filmowej scenografii; na jednym z brudnym PRL-owskich dworców.
 

Cybulski to symbol, o którym pisało się w kategorii pięknego dwudziestoletniego, a potem szpetnego czterdziestoletniego chłopca. Otyły Zbyszek tracił powoli sławę i powodzenie. Jego pogoń za zgrabną sylwetką przypomina starania Agnieszki Osieckiej, żeby zapisać się w pamięci ludzi jako wieczna dziewczyna z kucykiem upiętych włosów. Cybulski obiecywał, że przestanie pić i schudnie, ale kiedy pił dużo jadł i recytował "Obłok w spodniach".


Daniel Olbrychski wspomina: "Cybulski zginął w niedzielę, 8 stycznia. Wcześniej umówiliśmy się w mieszkaniu wynajmowanym przeze mnie od Basi Hoff na następną niedzielę, 15 stycznia, o piątej po południu. Miał przyjść także Staszek Dygat, który chciał koniecznie dla nas dwóch napisać scenariusz. Kuba Morgenstern miał reżyserować...
     Cały tydzień po śmierci Cybulskiego Polska o niczym innym nie mówiła. I krytycy o niczym innym nie pisali. Tak jakby chcieli wynagrodzić mu ostatnie lata, gdy trochę pomijali go w recenzjach. Zbyszek bardzo się tym gryzł. Kiedyś piliśmy razem piwo. Podszedł jakiś pijaczek i mówi do mnie:
     – Z tobą się chętnie napiję, bo z tym w okularach już pić nie warto.
     Pot wystąpił Zbyszkowi na czoło. Chciałem dać menelowi w zęby, ale Cybulski wziął mnie za rękę i wyszliśmy."


Cześć, starenia! Wspomnienia o Zbyszku Cybulskim, zebrała i opracowała Mariola Pryzwan, PIW 2007.


ifigenia 2009-10-01 14:02:19



Wygarniacz obrazów

On nie tylko zdumiewa siłą swoich obrazów, ale za każdym razem uczy nas od podstaw swojego alfabetu i patrzenia na świat. Przez pryzmat jego obiektywu widać wyraźnie nie tylko każdą szczelinę, ale także syf, który się przez nią wciska. Proszę państwa, Rafał Milach.


Nie przypomnę sobie zdjęcia, które zobaczyłam jako pierwsze i zanotowałam w pamięci, że wykonał je nieznany mi wówczas Rafał Milach. Musiało minąć nieco czasu zanim ponownie nie natknęłam się na jego nazwisko przy okazji rozstrzygnięcia konkursu WBK Banku Zachodniego S.A. Wiedziałam już wtedy, że pierwsze zdjęcia, na które zwróciłam uwagę nie było dziełem przypadku, ale wypadkową talentu i szczęścia. Oraz, jak to w przypadku fotografa bywa, również spostrzegawczości. Rafał Milach posiada wszystkie cechy urodzonego fotoreportera. Dzięki jego wrażliwości i metodycznej wręcz pasji, którą realizuje od lat, otrzymujemy pod nos genialne w swojej prostocie i sile zdjęcia. Oto Rosja, Polska i polityka, oto Śląsk, mówi nam Milach. Biorąc pod uwagę jego zdolność do syntezy trudno w to nie uwierzyć. Zdjęcia Milacha nie tyle są odbiciem jego autorskiej koncepcji, ile złapaniem świata na gorącym uczynku. Bo Milach jest przede wszystkim wędrującym fotoreporterem, a nie studyjnym artystą.


W jego kilku projektach autorskich, wśród których pierwszą rolę gra polityka, współczesna Rosja i Śląsk, z którego pochodzi, widać publicystyczną manierę. Milach opowiada o świecie, który fotografuje z wielką wprawą. Jego ostre, wymierzone w oko widza kadry, mają siłę uderzenia, którą można przyrównać do bokserskiego ciosu. Bo autor tych zdjęć z taką siłą odbiera wizualny aspekt tego świata.


Poznał się na jego talencie Jerzy Lewczyński, nestor polskiej fotografii, który kolekcjonuje zdjęcia i artystów. Mówi o sobie, że jest żywą, chodzącą historią fotografii polskiej. W kilku zdaniach podsumował twórczość młodego artysty i napisał o nim w kontekście Śląska, z którego również pochodzi. Był więc jako krytyk szczególnie cenny w odbiorze i w szczególny sposób wiarygodny. Sam przecież wychował się w odnodze polskiej religijności, polityki i kultu ciężkiej pracy fizycznej. Projekt Rafała Milacha "Szare" to próba rozliczenia się z wizualną wizytówką polskiego Śląska, a mówiąc pełniej; z tego, co po nim pozostało. Wielka kiedyś część Polski, hołubiona przez kolejne władze, rozleciała się w pył po zmianie ustroju. Teraz Śląsk jest niczym groźna wyspa, nie stanowi o sobie, mimo że ma na to apetyt. Krąży wokół dwóch biegunów; skrajnej biedy i rozpychającego się bogactwa. Pozostaje jednak kolebką syfu, brudu i pijaństwa. Czy tak widzi Śląsk również Milach?


W jego autorskiej syntezie Śląsk to podtrzymywanie fałszywego stereotypu maczo, który tkwi głębiej w świadomości ludzi niż jakikolwiek inny pogląd. Na bazie fascynacji bogactwem i kiczem, ludzie ze Śląska podtrzymują religijną tradycję i kult fizycznej sprawności. Mówią też o powinowactwie z bogatym sąsiadem, Niemcami. W zdjęciach Milacha świat biedy i upokorzenia zostaje brutalnie skonfrontowany z obrazami porządku, obwarowań kościelnych i politycznych. Śląsk w jego pracach to ostoja niepokojącego "porządku", w ramach którego świat słaby musi zniknąć.


Milacha zajmuje codzienność i tożsamość rozumiana w najprostszy sposób - jako przynależność klanowa do tej samej dzielnicy, fabryki, kopalni czy domu. Fotografuje podwórka, na których być może sam się wychował i poszukuje dawnych mieszkańców zapomnianych miejsc. Stare domy, które ulegają coraz większemu zniszczeniu przypominają zrujnowany fragment ziemi, przez którą przejechały kopary i ciężki kopalniany sprzęt. W tak pustynnym, księżycowym niemal krajobrazie pojawiają się na zdjęciach Milacha pojedynczy ludzie. W tak wypreparowanej przestrzeni nabierają oni niezwykłej siły. Jest w tym wizja i jednocześnie bezradność.

Ale Rafał Milach to nie tylko śląska tożsamość i widok dawnych kopalni, na tle których pije się wódkę prosto z butelki. Milach tworzy alfabet współczesności w oparciu o inne symbole wizualne, jak choćby cyrk. Jego zdjęcia starych cyrkowców i szkółki cyrkowej doczekały się wielu odsłon. Podobnie obrazy ze współczesnej Rosji, w której aspekt wizualny przypomina nieco tereny śląskie. Czy właśnie dlatego Milach czuje się tam aż tak "zadomowiony"?


Najświeższy Milach to zdjęcia z ostatniej kampanii politycznej, w której doszło do mocnego zwarcia najbardziej skonfliktowanych obozów politycznych. W jego prostym skojarzeniu wizualnym kampania polityczna doczekała się symbolu w postaci twarzy Donalda Tuska z namalowanymi na niej flagami państwa. Czy Tusk przybrał barwy wojenne tylko na czas trwania tej kampanii? Czas pokaże. Tymczasem zdjęcia samego Milacha przeszły do historii.


ifigenia 2009-10-01 14:00:36



Każdy ma taki raj, na jaki zasłużył

W tej książce nie ma bohaterów dobrych i złych, bo niemal wszyscy są w niej naćpani. W szybkim tempie życia i kokainowym biegu mieszkańcy Limy widzą częściej czarne słońce niż cokolwiek innego. A jednak tak napisana proza może podobać się wszystkim, którzy na co dzień mają dość biegu na długi dystans i chcą na chwilę odpocząć.  


Historia głównego bohatera wciąga od pierwszych stron powieści. Po kilku, kilkunastu stronach czytelnik orientuje się, że wpadł w matnię sugestywnego języka i bardzo zgrabnych metafor młodego ćpuna. Na dodatek zaczyna wierzyć za głównym bohaterem, że w Limie można nie tylko znaleźć najlepszy towar na świecie, ale także miłość. W przypadku tej książki homoseksualną. Miłość kosztuje - powtarza narrator i płaci za nią coraz wyższą cenę.


"Noc jest dziewicą" to książka skandal, która narobiła w kilku krajach dużo hałasu. W Polsce na fali homofobii i literackiego zwycięstwa Michała Witkowskiego, autora "Lubiewa", nie doczekała się większych recenzji. Przeszła niemal bez echa, mimo że na świecie chwali się ją w największych i najbardziej poczytnych dziennikach. Sam autor, Jaime Bayly uznany został za doskonałego prowokatora i pisarza. Otrzymał kilka ważnych nagród literackich i zaczyna właśnie pracę nad swoją kolejną książką.  


Jest w tej powieści wiele z rytmu znanych książek o dojrzewaniu, które rozgrywają się w świecie szybkich miast i niebezpiecznych mężczyzn. W prozie Bayly`a słychać to wszystko, co już zdążyliśmy przeczytać; smutną pieśń J.D. Salingera, autora "Buszującego w zbożu" i skowyt samotnego Henry Millera, autora "Zwrotnika raka". Kolumbijski pisarz znajduje jednak osobną ścieżkę i proponuje nam zupełnie nowy język powieści, który opiera się na genialnym "bełkocie ćpuna". Można tę książkę za to właśnie znienawidzić i pokochać. Należę do wielbicielek talentu Jaime`a Bayly`a. Jego rytm i szybkość oraz układ niedokończonych zdań, świetnie pasują do czasów, w których żyjemy.  


Bayly może wydawać się mało klasyczny, a jednak znajdujemy w jego powieści wiele z eposu rycerskiego. Od czasów średniowiecza to właśnie epos rozwijał się najszybciej, żeby w XIX wieku przynieść czytelnikowi powieść. Raz podejmowany wątek w eposie rycerskim (a był to, przypomnijmy, najczęściej wątek miłosny), rozwija się w coraz większych i szerszych planach. Można powiedzieć, że czytelnik eposu zbliża się do obiektu pragnień poety i oddala na jego własne życzenie. Co raz jednak sięga po coraz to nowe szczegóły historii, żeby dowiedzieć się jeszcze więcej. Epos rycerski służy do opowiadania historii zasłyszanej ustnie, a to wnosi bardzo wiele ciekawych rozwiązań do języka. Na tym "zasłyszeniu" bazuje kolumbijski pisarz. Cała jego powieść wydaje się opowiedziana nad szklanką czegoś mocniejszego, w warunkach, w których czasem trzeba kogoś przytrzymać odważniejszą anegdotą, brutalnym szczegółem lub powtórzeniem. Sam narrator zwraca się bardzo często do swoich czytelników słowami, które świadczą, że "opowiada" nam tę historię.  


O czym jest ta książka? Najprościej mówiąc o miłości, która jak w eposie o "Tristianie i Izoldzie", jest mocna jak śmierć. W przypadku "Nocy jest dziewicą", świat bohaterów nie jest jednak idyllą i nie prowadzi do spełnienia. Miłość nie służy do tego, żeby ją przeżywać, tylko po to, żeby się po niej pochorować. Czasem kilka tygodni, czasem miesięcy lub lat. Narrator powieści tak kończy swoją książkę: "nie płacz gabrielu. łzy, kiedy jesteś na prochach, źle smakują. gorzkie są. przełykam gorzkie łzy, podczas gdy taksówka jedzie powoli i hałaśliwie w stronę malecónu."  

"Świat jest dziewicą" to spowiedź geja, który pracuje w telewizji. Świat jego namiętności i natchnienia (młodzi chłopcy wyłapywani w barze), ma się nijak do stalowej konstrukcji wielkiej korporacji, dla której co wieczór ubiera marynarkę i pudruje nos. Telewizja go żywi i rozpieszcza. Bohater powieści jest rozpoznawalny w każdym zakątku Limy i wszyscy go znają. Jego rozrywkowy program bije rekordy popularności, mimo to bohater pozostaje dziko samotny. Z perspektywy takiego właśnie samotnego, zagubionego faceta napisana jest ta książka. Nie ma w niej nic z ostentacji gejowskiej literatury, nie ma żenujących szczegółów, ani demagogii. W ich miejsce zostało wpisane to, co wyróżnia dobrą literaturę od płaskiego skandalu; autentyczność spowiedzi.  


Jest jeszcze coś, co skłania mnie do takiej literatury; poczucie humoru narratora. W jego krótkich, szybko opowiedzianych scenkach obyczajowych, czai się wielkie poczucie humoru, które szybko udziela się czytelnikowi. Komediowe sceny widziane z perspektywy koki, brzmią tak sugestywnie, że książka może wywoływać salwy śmiechu. Widać w niej dobrą rękę kogoś, kto świetnie zna się na ludziach, dramacie i reżyserii.  


Polecam tę książkę wszystkim tym, którzy są sfrustrowani sytuacją w naszym kraju i siedzą właśnie na walizkach z biletem lotniczym w jedną stronę. Przeczytajcie zwierzenia geja - kokainisty, który przeklina swoje miasto najpiękniejszą wiązanką mowy zasłyszanej od taksówkarzy, a potem wpada w modlitewny, przepełniony tęsknotą głos kogoś, kto wyjechał. Dopiero w oddalenia tęskni śmiertelnie nie tylko za swoim kochankiem, którego porzucił, ale także za państwem pełnym przemocy, koki i zachłannych polityków. Brzmi znajomo? Poza koką. W naszym klimacie znacznie lepiej sprawdza się legendarna wódka.



Jaime Bayly, Noc jest dziewicą, Wydawnictwo Muchaniesiada.com, Kraków 2007, przełożył Tomasz Pindel.


ifigenia 2009-09-26 11:30:28



Samorodek

Raz na jakiś czas powstaje na świecie inicjatywa, która ma niewiele wspólnego z zarabianiem pieniędzy, a i tak w końcu kończy na jakiejś kwocie. Tak było z tą grą. Stworzył ją jakiś nieznany nikomu zapaleniec, a dziś należy ona do jednej z najbardziej rozpoznawalnych gier sieciowych w Czechach. Świat należy do samorodków.


Gra powstała w oparciu o najlepsze kreskówki z czasów komunizmu. Przypomina swoim schematem popularnego Krecika, który rozśmieszał i wzruszał widzów na całym świecie. Nieco niezdarny, delikatny Krecik potrafił ratować przyjaciół z opresji. Posługiwał się przy tym wiedzą, doświadczeniem i narzędziami, które leżały na ziemi. Nie inaczej jest w tej grze. Obie jej części opowiadają o niezwykłych, bo okołoziemskich perypetiach małego Samorodka, który wędruje po galaktykach w poszukiwaniu psa. Pewnego dnia jego ukochane zwierzę zostaje porwane z podwórka przez UFO.


Jak sobie radzi mały biały człowiek, który porusza się na nartach biegowych albo w starej maszynie latającej, zrobionej ze starej puszki po parówkach? Wszystko zależy w tej grze od umiejętności samego gracza, który podejmuje się wyprawy z Samorodkiem po psa. Nasza sprawność i inteligencja jest tak naprawdę inteligencją bohatera. Nic nie jest w tej czeskiej grze oczywiste. Nie ma jasnej instrukcji ani czytelnych znaków. To właśnie decyduje o jej atrakcyjności.


Chcecie się zmierzyć ze światem nieodgadnionego kosmosu? Plan gry utrzymany jest w charakterze surrealistycznego świata, w którym Chińczyk ma proste oczy, a fajka wodna służy do uruchomienia wyciągu narciarskiego. Krajobraz kosmiczny powstał na podstawie kilku przedmiotów dnia codziennego i wielkiej fantazji jego twórcy. Póki co Samorodek krąży bezwładnie po orbicie, wystarczy jeden ruch, żeby pomóc mu trafić do domu albo uratować jego psa. Komu się to uda? W tej grze mimo wielkich obietnic lepszego świata, nie ma oczywistych rozwiązań ani szczęśliwych zakończeń. No może poza jednym; dziś autor tych gier ma się całkiem nieźle pod względem finansowym i nie robi już gier o tak nieprzeciętnej urodzie.


P.S. Czy muzyka w grze o Samorodku nie przypomina Wam niezwykłych ballad Krzysztofa Komedy? Jej zniewalający rytm potrafi zaczarować gracza i wciągnąć go w powolną narrację przygód białego bohatera. 


http://www.amanita-design.net/samorost-1/



http://amanita-design.net/samorost-2/ 


ifigenia 2009-09-26 11:18:00



 

 
 
{smscontact}