ifigenia


 

lektura
reportaż
kryminał
gazeta
książka


2012
marzec
styczeń
2011
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
kwiecień
marzec
luty
2010
wrzesień
maj
luty
2009
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
2008
październik
wrzesień
sierpień
2007
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
2006
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2005
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty







 
 



Wnyki na Innego

Grzegorz Niziołek kreśli portret takiego Krzysztofa Warlikowskiego, jaki przychodzi nam do głowy podczas spektaklu. A raczej do serca, kiedy rozum śpi. Bo Warlikowski budzi polskie demony z ukrycia, udowadniając nam, że koniec końców to w każdym z nas sytuuje się Inny.

Siłą teatru Warlikowskiego jest budowanie przestrzeni, w której nie ma nikogo przeciętnego. Wszyscy są Inni - zdają się mówić jego sztuki. Dzięki temu stają się pełną definicją czasów, w których żyjemy. Warlikowski to ktoś, kto w prosty, klarowny sposób uruchamia sytuację, w której widz spotyka się z całym obszarem melancholii i smutku. Co ciekawe, nie sięga po wytarty zespół smutku zarezerwowany dla kultury w o g ó l e, ale dociera do sedna swojego osobistego doświadczenia. Tak jak w filmie Pawła Łozińskiego, który został wykorzystany w spektaklu „Krum".

Film Łozińskiego w gęstych, rozmazanych kadrach oddaje całą atmosferę smutku i potęgę melancholii, jaka czyha na wszystkich wygnańców. Przypomina tym samym doskonale wyważone kadry innego filmu o wygnańcach z własnego państwa; odeskich Żydach, których sfilmowała Michale`a Boganim. Jej „Odessa, Odessa" w równym stopniu, co film Łozińskiego, oddaje atmosferę odrzucenia przez własne państwo. W kilku migawkach Łoziński odsłania ciasne uliczki Izraela, na których rozgrywa się życie bez jakichkolwiek mieszkańców. Pojawia się słońce, potem znika, gdzieś gra muzyka, nie ma jednak ani jednego człowieka na ulicy. Pozostało puste miasto. Skąpe obrazy przywołują w nas jednak potężne wspomnienie o wygnaniu, odrzuceniu, wypędzeniu z państwa, które rozegrało się gdzieś na styku dwóch dat; roku 1939 i 1968. Dzięki tym obrazom i wspomnieniom powraca do nas realny czas Zagłady, mimo że żaden kadr jej bezpośrednio nie przywołuje. Sugestywna jest w tym krótkim filmie muzyka, która jak pulsar wybija leniwy rytm czyjegoś serca.

Przez lata pracy z Warlikowskiego estety rodzi się Warlikowski publicysta. Nie wprost rzecz jasna. Tematy społeczne w jego spektaklach pojawiają się na zasadzie zajawek prasowych, wstępu, przypomnienia lub zaśpiewu. W jakiś subtelny sposób dają o sobie znać, nigdy jednak nie stanowią jedynego głosu w sztuce. Warlikowski na własną rękę poszukuje drogi między wypowiedzią wprost, a artystycznym uniesieniem. Pomagają mu w tym aktorzy. Przestrzeń publiczna teatru zostaje zaanektowana na jeden wieczór, żeby wypełnić się ludźmi z różnych stron świata. Dosłownie świata; Warlikowski dba przecież o międzynarodowy poziom swoich przedstawień. Przestrzeń ta bywa miejscem głośnego protestu widzów (na jednej ze sztuk pewna pani zaprotestowała głośno przeciw nagości Jacka Poniedziałka).

Warlikowski to fenomen. Jako jeden z pierwszych w Polsce postanowił wypowiedzieć się w teatrze jako liryk. Jego „poezja" stała się znakiem jednoczącym określony (poziomem wrażliwości) gatunek ludzi. Wokół Warlikowskiego wrze.

Wydawać by się mogło, że skoro reżyser często sięga do źródła swoich fascynacji i emocji, stworzy teatr autorski. Nieprawda. Już w prologach do swoich przedstawień Warlikowski odsłania, że jego spektakle czerpią bezpośrednio z frustracji społecznych. Tylko ich siła w realny, namacalny sposób napędzają moc kolejnych przedstawień. Pozostaje pytanie, kiedy rodzi się prawdziwy teatr Warlikowskiego?

Okazuje się, że budzi się on wraz z możliwością przeprowadzenia konfrontacji mistrza z aktorami niemieckimi i całą tkanką wartości europejskich. Reżyser przyznaje, że w czasie swojego rozwoju coraz częściej spoglądał w stronę kultury Zachodu i dziś należy do niej w pełni. Reżyser, którego dziś znamy, rodzi się w momencie zejścia z poziomu tekstu do poziomu uczuć i osobistych doświadczeń. Na grzbiecie przeżyć poszczególnych aktorów reżyser może przenieść ciężar swojej sztuki. To w Niemczech, podczas prób, aktorzy uczą go nowego podejścia do intymności i roli wyznań osobistych. Wymuszają też nowe podejście do seksualności. Właśnie tam rodzi się Warlikowski o gejowskich konotacjach.

„Temperatura w teatrze Warlikowskiego zaczęła się podnosić, gdy przestał on ukrywać, że ma porachunki ze społeczeństwem. Gdy odważył się uderzyć, oskarżyć, powiedzieć głośno, co go boli, co budzi wstręt. I przede wszystkim przekonał sie, że teatr jest aktywnością społeczną, że potrafi angażować zbiorowość. „

Warlikowski przez lata staje się probierzem wrażliwości i gotowości społecznej do otwarcia na tabu. Komentuje rzeczywistość, ale nie w skali jeden do jednego. Odwołuje nas raczej do najwrażliwszych, najbardziej narażonych na traumy społeczne miejsc, które każdy naród ma usytuowane w innym miejscu. Reżyser z zacięciem naukowym badał przez całe lata te miejsca. Powodowała nim energia eksperymentatora i odkrywcy. Każdy krok w teatrze stawał się natychmiast przekroczeniem w sferze społecznej. Reżyser w swoich sztukach dokonywał zawłaszczania cienia w aspekcie Jungowskim. To, co odrzucone przez ogół, przyjmował w poczuciu misji.

Dziś wokół Warlikowskiego zawiązała się grupa fascynatów i wyznawców, którzy jeżdżą za swoim mistrzem i nie przegapiają żadnej z premier. Grupa ta stała się dowodem na autentyczność jego wypowiedzi, którą część krytyków polskiego teatru uznała za spowiedź. Fani Warlikowskiego wsparli to, co zostało wyartykułowane już w pierwszych spektaklach Szekspirowskich, a co odnosi się bezpośrednio do polskiego społeczeństwa. Polacy to homofoby i antyfeminiści. Boją się kobiet w równym stopniu, co gejów.

Kim jest Warlikowski? Grzegorz Niziołek nie daje prostej odpowiedzi na to pytanie. Próbuje jednak przy pomocy klasycznych narzędzi psychoanalizy Freudowskiej rozebrać wielkiego mistrza teatru polskiego na czynniki pierwsze. Biorąc pod uwagę wielość narzędzi i znaczeń, każdy czytelnik, który sięgnie po książkę „Warlikowski. Extra ecclesiam", musi sobie na to pytanie odpowiedzieć sam. Dla mnie Warlikowski pozostanie pierwszym, który przywrócił mnie teatrowi. Jego genialna interpretacja tekstu Sary Kane, która złożyła się na szokujące i inspirujące przedstawienie „Oczyszczonych", pozostaje we mnie do dziś. Jeśli pamięć emocjonalna i fakty, które ją prowokują są wyznacznikiem czegoś istotnego w życiu, Warlikowski pozostaje dla mnie kimś pierwszym i najważniejszym. Poza kościołem? Bez znaczenia. Jego siła przenika wszelkie granice.

Grzegorz Niziołek, Warlikowski. Extra ecclesiam, Wydawnictwo Hommini, Kraków 2008.



ifigenia 2012-03-07 12:47:37



Rozgrzane węgle

Kolejne rocznice udowadniają, że coś drgnęło w świadomości Polaków i chcąc nie chcąc przyswajają kawałek żydowskiej historii, coraz częściej traktując ją jak fragment własnej rozgrywki z Niemcami. Po raz pierwszy w tym roku pojawiły się w wielu polskich miastach plakaty informujące o okrągłej rocznicy wybuchu Powstania Żydowskiego w getcie.

 

Plakaty informujące o rocznicy wybuchu powstania wiszą w najbardziej newralgicznych miejscach Wrocławia. Widać na nich powiększone twarze dawnych mieszkańców warszawskiego getta, którzy być może brali udział w czynnym oporze wobec Niemców. Znając jednak tajniki i pokrętne drogi państwowych zamówień łatwo zgadnąć, że zdjęcia te mogą przedstawiać jakichkolwiek Żydów z jakiegokolwiek miasta w Polsce. Niewykluczone, że są to zdjęcia pamiątkowe znalezione gdzieś po wojnie. Wiadomo przecież, że po powstańcach nie pozostał żaden ślad oprócz żywych, którym udało się wydostać z płonącego getta.

 

Historia powstania w getcie jest najbardziej żywą i intensywną relacją jaka istnieje w przestrzeni wydarzeń drugiej wojny światowej. Dzieje się to za sprawą prostego faktu; nigdy wcześniej nie podejmowano zrywu przeciw Niemcom w jakimkolwiek z okupowanych miast. Walczący Żydzi jako pierwsi powstali przeciwko wrogowi, który przewyższał ich pod każdym względem. Ruch oporu jaki zdołano zorganizować w getcie, określając go często jako prymitywny i spontaniczny, pozwolił jednak po raz pierwszy w historii zatrzymać machinę Zagłady. Bunt w getcie przetrwał kilka tygodni, mimo że walczącym Żydom nikt nie pomagał z zewnątrz. Biorąc pod uwagę bliskość toczącej się walki na śmierć i życie, wydaje się to niepojęte. A jednak tylko w pierwszym dniu powstania żydowskiego, Polacy zwrócili uwagę na grzmiące od wystrzałów getto. W kolejnych dniach nikt nie ośmielił się ani pomóc uciekającym z płonącego getta ludziom, ani też wesprzeć ich militarnie. Jak wiemy z przekazów ostatnich żyjących żołnierzy żydowskiego powstania, które z wielką żarliwością spisała Anka Grupińska, polskie podziemie zachowało się nadzwyczaj powściągliwie. Jej przywódcy byli po prostu przekonani, że szkoda broni dla martwego getta. Co ciekawe, już wówczas uznano część toczącej się historii, która rozgrywała się na sporym placu Warszawy za wyjątek, przestrzeń nie należącą do części polskiej historii drugiej wojny światowej. Wykluczono Żydów najpierw z miasta, stłaczając ich w wąskim i ciasnym kwadracie ziemi, pozbawionym jakichkolwiek drzew, a potem skreślono ich powstanie z kart toczącej się wojny. Jak się łatwo domyślić historia powstania żydowskiego, na którym uczyli się walczyć w zamkniętej przestrzeni Warszawiacy w kolejnym powstaniu, została skreślona z podręczników do nauki historii. Polska święcie wierzyła, że zamieszkiwali ją wyłącznie Polacy, a kilka procent przedwojennej populacji Żydów znikła z kraju jak za pociągnięciem magicznej różdżki. O powstaniu i jej przebiegu pamiętali nieliczni ocaleli z Zagłady, a dowiadywali się o nim na prawach wyjątku zapatrzeni w historię buntownicy. Wśród nich znalazła się szczęśliwie sama Grupińska.

 

Książkę Grupińskiej "Ciągle po kole. Rozmowy z żołnierzami Getta Warszawskiego" czyta się jak powieść. Kolejne rozmowy jak odcinki jednego serialu nieoczekiwanie wciągają czytelnika w wir swojego rytmu. Mimochodem dowiadujemy się z urwanych relacji nie tylko o samym powstaniu, ale przede wszystkim poznajemy tropy, drogi, połączenia i stan świadomości ówczesnych mieszkańców stolicy. Okazuje się, że wybuch wojny w Polsce zainicjował proces, który trwał i w zagładzie Żydów nie było niczego nieoczekiwanego. Rozmówcy Grupińskiej mówią o falach narastającej nienawiści do studentów i uczniów pochodzenia żydowskiego w szkołach, biciu i nagonkach, szczuciu na Żydów, które inicjował kościół katolicki. Z kilku rozmów dowiadujemy się, że tło Jedwabnego istniało w Polsce już przed wojną, idealnie hodowane i pielęgnowane przez sam kwiat polskiej inteligencji. Czytając rozmowy z byłymi powstańcami odnajdujemy też ślady wyparte przez historię, o których opowiadał Gross w swoim "Strachu". W pewnym sensie Anka Grupińska dotknęła polskiej traumy na wiele lat przed nim. W odkryciu jednak nieznanej szerokiemu gronu historii za dużo było zamieszania i skoncentrowania się na militarnych szczegółach. Nikt nie zwrócił wtedy uwagi na powszechny i odnotowany w kolejnych rozmowach antysemityzm wśród Polaków.

 

Książka Grupińskiej wciąga jak opowiadana w kółko historia. Za każdym obrotem tego koła wypada nam się zmierzyć z innym jej stereotypem, relacją czy faktem. W jakiś magiczny sposób historia powstańców nie kończy się wraz z zamknięciem książki, wręcz przeciwnie, pulsuje w skroniach na długo potem. To właśnie dlatego podręcznikowa historia wymyka się wszelkim konwencjom i przemienia w gatunek u nas do tej pory nieobecny. Grupińska oddała nam do ręki spis gotowych historii, które przyciągają nas swoim dramatyzmem. Każda z nich wypowiedziana jest ustami zupełnie innego świadka, który żył w bardzo konkretnej, a jednak dalekiej od siebie przestrzeni. Warunki życia ludzi w getcie różniły się między sobą. Na ten prosty i zaskakujący fakt (wierzymy naiwnie, że historia męki jest historią sprawiedliwości), wskazuje sama autorka. "Ciągle po kole" ma wymiar jednoczący i oczyszczający. Potęga tej książki wynika z faktu doskonałej redakcji i wyczucia tonu u rozmówcy. Oto mamy do czynienia z fugą, którą Grupińska rozpisuje na pojedyncze, komplementarne wobec siebie głosy. Bohaterowie książki znali się w młodości lub nie, ich relacje bywają wobec siebie dopełnieniem lub zupełnym zaprzeczeniem. Historia w ogóle opiera się na relacji osób przypadkowych, kłamców, poetów i bohaterów, którzy nie potrafią przekazać jej dalej. Jak mówi Marek Edelman, historia bardzo często opiera się na przekazach głupców.

Grupińska dokonała pięknego domknięcia. Po wielu latach wróciła z dyktafonem do Marka Edelmana i już na zupełnie innych prawach świadomego rozmówcy, dokończyła pierwszą, niezręczną rozmowę z przywódcą powstania w getcie. Rozmowa sprzed lat, która książkę zaczyna rozegrała się w dalekiej przeszłości, na styku rozdrażnienia Edelmana i słabej znajomości faktów Grupińskiej. Redaktorzy i założyciele ówczesnego "Czasu", podziemnej gazety społecznej, przyszli do Marka Edelmana po wsparcie moralne, pytając go jednocześnie o daleką przeszłość i ogląd sytuacji na świecie. Z tak zaproponowanej i prowadzonej rozmowy wyszła dziennikarska hybryda, która pokazuje cały temperament Edelamna i jego postawę wobec pytających o historię getta. Widać, że lekcja pokory, jaką dał Grupińskiej stary przywódca nie poszła na marne. Po wielu latach wraca do niego, żeby odbyć kolejną rozmowę o mechanizmie Zagłady. To właśnie ta zamykająca książkę rozmowa ma w sobie największy ładunek dramatu, liryzmu i melancholii. To właśnie z niej poznajemy Marka Edelmana, który w nieustannym zrywie wewnętrznym, osaczony przez coraz większe i odleglejsze od prawdy opowieści o getcie, zaczyna się poddawać. Pomiędzy stwierdzeniami "dajcie mi wszyscy spokój", "a niech sobie piszą, co chcą", "niech kłamią", wynurza się postać nadwrażliwego cynika zakleszczonego w pułapce historii. Czytając ostatnią rozmowę z Edelmanem otrzymujemy obraz człowieka niezwykle samotnego, którego wielki wstrząs pozbawił możliwości realnego zakorzenienia w świecie. Jest w tej rozmowie jeszcze coś; to wiara w potęgę miłości, która istniała również w getcie. Edelman twierdzi, że opowiedzieć historię Zagłady można tylko temu, kogo się naprawdę kocha.

 

- "Mnie taka postawa nie przekonuje" - twierdzi Kazik Ratajzer, który walczył u boku Edelmana. - "Ja nie uważam, że zmarli potrzebują strażnika, oni już sobie poradzili - na dobre i na złe. To bardzo ładnie brzmi: strażnik. I ja nie wątpię, że jest to powiedziane z całą szczerością. Ale mnie to nie przekonuje". A jednak to właśnie przez lata Marek Edelman, który nie wyjechał z Polski, pielęgnował pamięć o powstańczym zrywie. Mało dyplomatycznie - to prawda, ale z dużą energią i niezłomnością ducha. Być może, gdyby nie pierwsze spotkanie Grupińskiej z Edelmanem, nie byłoby w ogóle tej książki. Gdyby nie sam Edelman, nie byłoby mojego zainteresowania tematem powstania w getcie. Tak się bowiem składa, że to właśnie świadkowie (ułomni lub nie), stanowią jedyny pomost łączący te dwa odległe światy; mój zakorzeniony w kolejnym stuleciu i ich, wypalony, zmarnowany i zatruty przez propagandę.

 

Poruszanie się dziś po historii Zagłady przypomina stąpanie po rozgrzanych węglach. Można wobec tego tematu przyjąć dwie postawy; rzucić się na niego i w romantycznej pozie zbierać wszelkie materiały albo poruszać się w rytmicznym, powolnym rytmie niedźwiedzia, którego palą stopy. Kto wie czy ta druga postawa nie wywołuje lepszych skojarzeń i nie przynosi (wraz z poprawnością polityczną), prawdziwych plonów. Ostatecznie ruch misia na węglach imitują polscy politycy, którzy dopiero w tym roku zapragnęli uczcić okrągłą rocznicę wybuchu powstania w getcie. Znak to prawdziwych przemian czy mody?

 

Wykonałam kilka zdjęć na ulicy. Niezdarnie mierząc do Żydów na plakacie telefonem komórkowym. Za sprawą poczucia solidarności, na znak, że od kilku lat uczestniczę na własną rękę w tej wielkiej i prawdziwej historii, zrobiłam sobie z odważnych Machabeuszy tapetę na telefon i wygaszacz ekranu. Prostackie? Być może, ale tylko tym sposobem mogę co najmniej raz dziennie przypomnieć sobie, że getto walczy, płonie i umiera. Jak ktoś poetycko i fałszywie napisał: "za wolność waszą i naszą".

 

Kilka lat temu podczas seminarium w Auschwitz - Birkenau usłyszałam obok ruin krematorium niezwykłą historię. Była to relacja przewodniczki, która opowiedziała nam o transporcie ostatnich Żydów z płonącego getta. Wygnano ich z pociągu i prowadzono wprost do komory gazowej. W szatni wydarzyło się coś nadzwyczajnego, o czym esesmani opowiadali później ze wstydem. Podczas rozbierania jedna z kobiet, mieszkanka walczącego getta, rzuciła się w stronę esesmana i wyrwała mu z kabury pistolet. Raniła go w nogę, innego drasnęła kulą, a następnie chciała popełnić samobójstwo. Nie udało jej się zastrzelić. Została rzucona do pieca krematoryjnego żywcem. Historia jakich tysiące? Wręcz przeciwnie. Był to jedyny ślad buntu o jakim słyszano w Auschwitz - Birkenau wśród przeznaczonych do spalenia. Kobieta była aktorką. Występowała w jednym z teatrów w warszawskim getcie.

 

Kiedy czytam napis "Śladami Machabeuszy" na plakacie przypominającym o wydarzeniach w getcie, przypominam sobie historię spisaną przez Hannę Krall. W jej krótkim reportażu "Zdążyć przed Panem Bogiem", bohaterowie dzielą się na jasnych i ciemnych za sprawą krwi i urodzenia. Polacy to urodzeni szczęśliwcy, pełni słońca i siły. Kiedy walczą, robią to z wdziękiem i gracją. Tymczasem Żydzi zostali straceni w momencie urodzenia. Każdy ich gest ma w sobie ciężar czegoś przeklętego. Nie trafili w swój czas. Zdania wypowiadane przez powstańców świadczą jednak, że mimo tego prostego podziału, w czasie wojny zdarzały się cuda. Podczas walki również Żydzi potrafili wybić się na prawdziwych (pięknych i jasnych) bohaterów. Pamiętamy przecież jak Marek Edelman reklamował swój czerwony sweter słowami; "nie masz pojęcia, jak ja wtedy wspaniale wyglądałem". Z perspektywy historii być może łatwiej zrozumiemy powstanie w getcie i siłę tych zdarzeń, kiedy odwołamy się do jakże polskiego mitu o wolności. Polacy kochają wszelkie powstania, a zwłaszcza te, które mają przywrócić im skradzioną wolność. Czy przedwojenni Żydzi byli wychowywani w zupełnie innej tradycji? Właśnie nie. Spora ich część należała do kultury polskiej i wypełniała jej najbardziej twórczą przestrzeń. Wystarczy wspomnieć choćby o Julianie Tuwimie. Machabeusze stanowili zatem nierozerwalną, a jednak brutalnie odrzuconą i splugawioną część polskiej tożsamości. Niestety, przyjąć możemy ją w oficjalnej przestrzeni miasta dopiero dziś.

 

Jest jeszcze coś. Pozostali ludzie, którzy przez te wszystkie lata, poza oficjalną cenzurą, zajmowali się tematem Zagłady. To właśnie dziś nazywam ich w myślach prawdziwymi Machabeuszami. Jednym z nich jest niewątpliwie Jerzy Piątek, dziennikarz, publicysta, fotograf. O jego spojrzeniu na historię wybuchu powstania można przeczytać pod adresem:

http://wiadomosci.polska.pl/spoleczenstwo/article,65_rocznica_Powstania_w_Getcie_Warszawskim,id,324736.htm 



ifigenia 2012-01-29 20:01:59



Puste miejsce

- Sądzę, że jest to jedyne kolorowe zdjęcie przedstawiające płonące Getto Warszawskie podczas powstania w kwietniu 1943 roku - czytamy na stronie serwisu Kadysz dla nieobecnych, które powstało z inicjatywy tancerki Gołdy Tencer. Czy serwis ożywi pamięć Polaków o Żydach zamieszkujących nasz kraj przed Zagładą?

 

Kadysz.pl powstał z inicjatywy Fundacji Shalom i magistratu warszawskiego. Organizatorzy projektu chcieli w ten sposób uczcić okrągłą rocznicę wybuchu powstania w getcie. Zamieścili na stronie tysiąc zdjęć, które pochodzą z dziewięciotysięcznej kolekcji fotografii nadesłanych na apel Fundacji Shalom. Dzięki tej akcji, którą promowała i nagłośniła "Gazeta Wyborcza", powstała wystawa oraz album "I ciągle widzę ich twarze", która odwiedziła kilka polskich miast. Album znajduje się w czołówce najlepiej sprzedających się pamiątek z Polski, które kupują odwiedzający ją turyści. Na pewno sprzedaje się doskonale na krakowskim Kazimierzu oraz w Muzeum Auschwitz - Birkenau w Oświęcimiu. W dość przewrotny sposób dzieje tego albumu i jego zaskakująca popularność, oddają skomplikowane losy Polaków i Żydów. Pamiątka "po Zagładzie", staje się na świecie reklamą polskiej historii i akcentuje to, od czego część społeczeństwa polskiego bezskutecznie się odżegnuje.

 

Nowa strona o pamięci wydaje się czymś świeżym w polskim Internecie, wpisuje się jednak w długą tradycję serwisów pamięciowych na świecie. Historia krajów zachodnich, w tym Stanów Zjednoczonych, rozpatrywana jest nie przez pryzmat zakurzonych archiwów, ale relacji pojedynczych świadków. To właśnie osobiste historie rodzin stają się najczęściej pretekstem do powstania nowego filmu lub książki. W Polsce historia w dalszym ciągu kojarzy się z zawodowymi historykami oraz podręcznikami, w których niewiele można znaleźć osobistych wątków. Pojedynczy świadek nie liczył się w czasach PRL-u. Jego zeznania można było podważyć, zniekształcić i ostatecznie zniszczyć. To spowodowało, że relacja osobista niewiele znaczyła, poddawana była niejednokrotnie wielu zabiegom cenzorskim i zniekształcającym. Pojedynczy głos człowieka w totalitaryzmie był niczym, a w jego osobistym stylu czaił się najczęściej ideologiczny błąd.

 

Przywracaniem głosu zajęli się nie historycy, ale socjologowie i dziennikarze podziemnej prasy. To właśnie oni w czasach PRL-u docierali do pojedynczych świadków historii i spisywali ich relacje na własną rękę. Tak powstał przecież niepowtarzalny "głos ludu" Tygodnika Mazowsze, które przekształciło się z czasem w "Gazetę Wyborczą". Dziennikarki i redaktorki tej niezwykłej bibuły starały się notować słowa w swojej najczystszej i najprostszej postaci. Głos pojedynczego robotnika miał siłę niepokojącą, którą nie znało ówczesne dziennikarstwo polskie. Same inicjatorki podziemnej prasy wspominają, że odkrywały ten głos z wielkim zdziwieniem i wzruszeniem. Początkowo nie potrafiły też wyzbyć się przyzwyczajeń redaktorskich i stylistycznych odruchów, które odwoływały je do słownika nowomowy. Z czasem przestały poprawiać słowa prostych świadków i zaczynały im ufać na równi z czytelnikami. Tak powstał styl późniejszej "Gazety Wyborczej"; oparty na słowie mówionym, prostocie, bezpośredniej relacji i subiektywności wypowiedzi. Potężnym ogniwem, które coraz częściej ufało prostej relacji świadka był również reportaż. Stał się on po okresie stalinizmu siłą i jedyną opoką utalentowanych dziennikarzy, którzy właśnie w tym gatunku potrafili nie tylko odnaleźć siebie, ale przede wszystkim umknąć cenzorom. Polski reportaż i fotografie, które zaczęły powstawać w końcu lat 50. i na początku 60. wyhodowały takie nazwiska, jak; Ryszard Kapuściński, Hanna Krall, Małgorzata Szejnert czy Teresa Torańska.

 

Temat Zagłady w tamtych czasach istniał za sprawą toczących się rozpraw sądowych. Akta tych rozpraw rozpatrywane są przez historyków do dziś nie tyle pod kątem ich oryginalności, ile dowodu zakłamania. Zeznania pojedynczych świadków tuszowano lub beztrosko gubiono, a skali zjawiska nie przypisywano szczególnej mocy. Druga wojna światowa i jej historia bardzo długo istniały w świadomości Polaków za sprawą wyłącznie ich martyrologii. Prasa podziemna zrobiła pierwszy krok w kierunku odtworzenia scenariusza Zagłady. Szczególną rolę odegrały wywiady przeprowadzane na własną rękę. Ich spisywaniem zajęli się filolodzy, tłumacze lub ludzie wolnych zawodów. Pamiętanie uprawiała resztka nie zdegradowanej inteligencji polskiej. Wśród nich ważną rolę odegrała Anka Grupińska wraz z redakcją poznańskiego "Czasu".

 

Projekt Fundacji Shalom ma tę zaletę, że znajduje się w Internecie. Stwarza to niepowtarzalną okazję do przyjrzenia się tematowi Zagłady z bezpiecznej odległości. Mogą to zrobić nie tylko zainteresowani tematem współcześni, ale przede wszystkim świadkowie tamtych czasów. To właśnie oni mogą na portalu wspominać oraz zamieszczać znalezione dokumenty, zdjęcia i pamiątki po zamordowanych rodzinach. W ten sposób, w wirtualnym świecie może dokonać się coś, czego nie zna zupełnie polskie społeczeństwo; modlitwa za dusze zmarłych. Być może w tych czasach to jedyny sposób na oswojenie tematu Zagłady w Polsce. Być może też jedyna możliwość, żeby zebrać wiedzę anonimowo. Wiadomo jak traktuje się w Polsce w pewnych środowiskach ludzi, którzy pomagali Żydom, przechowywali ich rzeczy jako pamiątki lub do dziś mają w swoich domach stare, pożółkłe fotografie. Sieć ze swoją anonimowością oraz gwarancją dotarcia do każdego niemal miejsca na ziemi, pozwoli być może na zebranie wartościowych wspomnień.

 

Serwis ma też inną funkcję. Po wielu latach od zakończenia wojny wielu ludzi nadal poszukuje informacji o swoich krewnych, znajomych i przyjaciołach. Niektórzy wierzą, że zamieszczona w sieci informacja pomoże im ich odnaleźć. Obok informacji o ludziach na stronie znaleźć można podstawowe dane dotyczące małych miasteczek i wsi, w których mieszkali przed wojną Żydzi. Wśród publikowanych pamiątek znaleźć też można zdjęcia przedstawiające płonące getto w Warszawie (http://www.kadysz.pl/photo.php?miId=263&lens=yes&lang=pl&nId=693).

 

Pozostaje pytanie, czy serwis historyczny, który rządzi się prawami sieci nie jest podatny na manipulację i zwyczajne kłamstwo. Kto weryfikuje dane, które się na nim pojawią? W dobie prostych programów graficznych i wielkich mistyfikacji, każda informacja, która pochodzi od anonimowego użytkownika może być nieprawdziwa. Wypada nam wierzyć, że stronę Kadysza będą odwiedzać naprawdę zainteresowani historią, a w więc nauką faktów.    



ifigenia 2012-01-09 17:58:53



Siła mięśnia

Miniatura filmowa Rafała Skalskiego odsłania paradoks sztuki i wszelkich systemów totalitarnych. W kilku prostych, ascetycznych kadrach została w niej zarejestrowana metoda zdobywania prestiżu. Co o nim decyduje? Najczęściej przypadek.

 

To właśnie on stanął dwukrotnie na drodze młodego reżysera, który nakręcił swój film w ramach projektu "Rosja - Polska. Nowe spojrzenie". Pierwszy przypadek zetknął reżysera z bohaterką filmu - „Nasza bohaterka pojawiła się w filmie sama. Ona do mnie zamrugała, ja odmrugnąłem i tak poszło". Drugi pojawił się na końcu filmu podczas odczytywania listy z nazwiskami przyjętych do słynnej Rosyjskiej Akademii Baletu w Sankt Petersburgu. Mała Ałła okazała się właściwie przygotowana i zdeterminowana, ale wyścig przegrała.

 

Tytułowe 52 procenty oddają idealny stosunek proporcji długości nóg do wzrostu. Jest to najważniejsze kryterium, według którego przyjmuje się dzieci do baletu. Nogom Ałły brakuje 0,4 procent. Przez dwa miesiące żmudnych i bolesnych ćwiczeń będzie się starała zmienić te proporcje. W codziennym wysiłku pomaga jej mama, która przywołuje na myśl rodziców w dawnym Związku Radzieckim. Rodzice uzdolnionych dzieci robili wszystko, żeby pomóc przypadkowi na drodze do ich sukcesu. Wiadomo, że sukces oznaczał pieniądze i bezpieczną pozycję polityczną.

 

Czy dobra szkoła artystyczna pomoże dzieciom w zdobyciu sławy? Mała Ałła wie, że droga do sukcesu w balecie, który od XIX wieku w Rosji ma niezwykłą siłę oddziaływania, jest bardzo długa. Rozsądnie wypowiada się o wartości tradycji, proporcjach między siłą swoich mięśni i szansie na zdobycie tytułu primabaleriny. Ona, w przeciwieństwie do reżysera tego filmu i pewnie większości jego widzów wie, że wiara w dobre zakończenie wcale nie musi oznaczać sukcesu. Czy w związku z tą wiedzą jej cierpienie wywołane porażką będzie choć trochę mniejsze? Zapewne nie. Surowy, niezwykle czysty obraz w tym filmie oddaje proste zasady stosunków międzyludzkich. Szkoła baletowa pełna jest niezaspokojonych ambicji, fałszywej skromności i niepohamowanej żądzy sławy. Porażka Ałły wprowadza ją w świat ludzi dorosłych, których wychował totalitarny system sprawowania władzy, a przede wszystkim kontroli nad innymi. Przypominamy sobie taki świat za sprawą scen z egzaminów wstępnych, podczas których instrumentalne traktowanie dzieci przeradza się w chwilowe zadawanie im tortur. Tu cierpi się w imię "wyższego dobra" i tytułowych (swojsko brzmiących w kontekście socrealizmu), procentów. 

 

Dramatyczna walka dziecka, które wierzy w sprawiedliwość świata, przypomina walkę niektórych ludzi. W świecie literatury mówi się o nich zwykle "wielcy przegrani". A ten subtelny, zrobiony z wielkim smakiem i klasą, niemal niemy film, jest w gruncie rzeczy hołdem dla wszystkich wykluczonych. Sam reżyser powiedział - " Byłem pewny, że się dostanie do szkoły. To, że tak się nie stało, było dla nas szokiem. Można do czegoś bardzo dążyć, bardzo tego chcieć, a i tak się może nie udać. O tym chciałem zrobić film. Praca nad nim diametralnie mnie zmieniła. Zrozumiałem, że nie wszystko zależy od nas samych. Myślę, że gdybym nie zdobył takiego doświadczenia jak przy "52 procent" , nie mógłbym być reżyserem". 


"52 procent", Polska 2007, scenariusz i reżyseria Rafał Skalski.



ifigenia 2011-09-20 18:01:09



Mamrotanie przybysza

Współczesna debata nad patriotyzmem kończy się na liczeniu. W pieniądzach siła, w ich braku działanie. To dlatego dziś większość inicjatyw polskich odbywa się na Wyspach Brytyjskich. Każdy z nas jest przybyszem – deklaruje Ryszard Nycz. I ma rację.

 

Czym jest patriotyzm we współczesnej Polsce? Najczęściej mówi się dziś o nim w kontekście wiadomości telewizyjnych, polityki pieniądza, dotacji oraz programów kulturalnych. Od czasu do czasu prosta z pozoru sprawa nabiera w mediach właściwości politycznych i od tej pory zaczyna funkcjonować w zupełnie nowym dla siebie kontekście. Tak było z rękopisem „Pana Tadeusza", który zaprezentowano publicznie we Wrocławiu. Zakurzona pamiątka po Adamie Mickiewiczu stała się pretekstem do medialnego alarmu na temat patriotyzmu. Czy coś takiego jak patriotyzm w ogóle jeszcze istnieje?

 

Dzisiaj znacznie częściej mówi się o patriotyzmie Polaków w kontekście Unii Europejskiej. Dość przewrotnie, bo ostatecznie właśnie nowy kontekst geograficzny wyrabia w nas świeże podejście do starej sprawy. Wydawać by się mogło, że Unia Europejska zmiażdży poczucie odrębności w Polakach, tymczasem okazuje się, że wyrabia ona właśnie wielką przekorę. Z jednej strony opartą na typowo polskim „A co? Będą nam ciemnotę wciskać? Nie poddamy się", z drugiej zaś strony na rażącej różnicy w podejściu do polityki w polskim świecie prawodawczym.

 

Polak Pan został niejednokrotnie opisany przez Agnieszkę Graff i wydaje się, że dziś to właśnie ona i podobni jej publicyści piszą o współczesnym patriotyzmie. Gorzko, to prawda, ale jednak z wielkim zaangażowaniem i świeżością. Patriotyzm według Agnieszki Graff wygląda niepokojąco, bo opiera się na wszelkiej maści wykluczeniu. Być może jej teza sprawdza się faktycznie w przestrzeni medialnej, wielkich miastach i polskim internecie, w Polsce klasy B tymczasem na nikim nie robi wielkiego wrażenia. Dlaczego? Bo w Polsce klasy B nie ma kogo wykluczać. Przez kilka set lat doskonałej tradycji czyszczenia Polski z wszelkich „brudów" społecznych, otrzymaliśmy społeczeństwo jeśli nie jednorodne, to spragnione tej jednorodności. Jesteśmy jednoznaczni i jednoznacznie na „nie". Nie tak dawno słuchałam audycji w Radiu Plus, podczas której dziennikarka zadawała pytania o wykluczenie i dyskryminację mieszane małżeństwo. Młoda kobieta mówiła, że była kilkakrotnie opluta w miejscu publicznym, ale na szczęście pracuje na uczelni, więc tam nikt jej nie pobił. Tymczasem jej mąż, czarnoskóry mieszkaniec jednej z kolorowych wysp na Oceanie, nie potrafił nic o wykluczeniu polskim powiedzieć, bo nie rozumiał pytań. W trakcie audycji przypomniał sobie, że faktycznie Polacy go nie lubią. Doświadcza tego, kiedy idzie z żoną za rękę. Audycja radiowa, puszczana nocą uświadomiła mi dwie rzeczy. Po pierwsze szukania sensacyjności na siłę, po drugie zmęczenie pewnymi tematami. W czasie tej audycji uświadomiłam sobie również, że Polacy nie tyle wykluczają Innych, ile nie dopuszczają okazywania sobie emocji w miejscach publicznych. Ten trop wydał mi się oczywisty w połączeniu z pewną tradycją surowej przestrzeni publicznej, której jesteśmy wielkimi niewolnikami. Dlaczego wielkimi? Bo należymy do wielkiego liczebnie obozu ludzi pokiereszowanych w przestrzeni publicznej. Publicznie śledzonych, szczutych, bitych i poniewieranych. W Polsce nie tak dawno publicznie można było co najwyżej iść w pochodzie. - Pozbyliście się Żydów to teraz macie problem z odmiennością.

 

Krajobraz po przebytej bitwie najpełniej oddaje coraz popularniejsza dziś formacja Lao Che. Jej recytacje w rytm melodii ściągniętej jakby żywcem ze sceny teatralnej to nic innego jak próbka protest - songów, podrzuconych zmęczonym Polakom. Na przeciwległym brzegu cichej melancholii po przestrzeni wyczyszczonej z wszelkiej odmienności, sytuuje się pióro Jana Tomasza Gross. Pisze on o sprawach dla współczesnej Polski najważniejszych, mimo że swój głos poświęcił historii. Nieprzypadkowo na wiejskich cmentarzach jeszcze nie tak dawno można było przeczytać tak ważną dla tego kontekstu rozważań sentencję „Byłem, kim jesteś, będziesz kim jestem. Módlmy się za siebie nawzajem".

 

Polskie motywy patriotyczne biją się w przestrzeni teatru i literatury. Co ciekawe, jedynie starsze pokolenie artystów w pełni je wykorzystuje, sytuując się nieco na siłę w kontekście kanonu wielkich polskich pisarzy. O scenie z „Wesela" Wyspiańskiego pisali zatem niejednokrotnie Andrzejewski, Pilch, a w swoich filmach umieszczał ją w ryzykownych kontekstach sam Andrzej Wajda. Rys patriotyczny, który wykorzystuje pierwotne sceny z Wyspiańskiego czy Mickiewicza, nie wpływają jednak na popularność tych dzieł. Przeciwnie, walka z klasyką i kanonem odbywa się gdzieś na uboczu, poza żywym nurtem odbioru. Na pewno z dala od internetu. Jeżeli przywołamy ostatnie wyniki badań sondażu o udziale dorosłych Polaków w kulturze, z którego wynika, że żywo są nią zainteresowane jedynie 2 procent społeczeństwa, otrzymamy odpowiedź na pytanie o patriotyzm w kulturze.

 

Ciekawą definicję współczesnej literatury i patriotyzmu stworzył Ryszard Nyczek w swoim tekście zatytułowanym „Każdy z nas jest przybyszem". Nyczek twierdzi, że odrzucenie społeczne, nieprzystawalność do pewnych gotowych ról i schematów, rozgoryczenie, które doświadczają współcześni Polacy, sytuuje nas w przestrzeni kultury negatywnej. To znaczy, że pewne role, o których chcą tak uparcie pisać współcześni pisarze, zostały wyczerpane jako wzorce społeczne. Pisząc o nich pisarze sami skazują się na ilustratorów transgresji i karykatur. Dialog z mistrzami przemienia się w konfrontację bez możliwości zbliżenia, czyli pastisz. W pewnym sensie na tradycji, która rozczarowuje oparty jest cały spektakl wrocławskiego Teatru Polskiego „Dziady. Ekshumacja" w reżyserii Moniki Strzępki.

 

O pojęcie polskiego patriotyzmu toczyli boje nie tak dawno sami politycy. W przestrzeni publicznej zaroiło się od haseł i nawoływań, które dziś z wielkim pietyzmem odtwarza jedynie Radio Marii. Ta archaiczna rozgłośnia przypomina niektórym Polakom czym jest i do czego ma prowadzić zrozumienie polskiego patriotyzmu. Radio podpowiada, że postawa patriotyczna nie kończy się wraz z odśpiewaniem hymnu. Polscy patrioci są nie tylko wierzący, ale i czynni. Najważniejszą wartością patriotów z ramienia Radia Marii pozostaje rodzina oraz wiara. Warto posłuchać tego radia, żeby spostrzec jak długą drogę przeszło. W tej chwili rośnie kolejne pokolenie słuchaczy, którzy próbują wraz z publicystami i dziennikarzami skleić swoją tożsamość. Wybierają czynną drogę pielgrzymowania, głoszenia świadectw na antenie oraz nauczania i dawania przykładu w swoim życiu. Radio kształci postawę wykrzywioną. Żerując na tradycji prawdziwego Polaka tworzy jego karykaturę. W spektrum doświadczeń słuchacza brakuje miejsca dla Żydów, Romów, Świadków Jehowy czy osób homoseksualnych. Są oni pojęciowym „abjectem".

 

Tożsamością purazową, która wymaga specjalnych zabiegów terapeutycznych zajmuje się wrocławski projekt „Breslau cv". Jest on pomyślany jako narracja, która włącza kilka różnych głosów i rozgrywa się na różnych polach. Pierwotnie został on pomyślany jako mapa, która prezentuje dwie rzeczywistości; historyczną, opartą o wspomnienia Niemców, Żydów i Polaków oraz współczesną. Obecnie zajmuje się obserwowaniem fenomenu wąsko pojętego patriotyzmu przez współczesnych Polaków, dla których przykład Wrocławia jest zbyt kuriozalny, żeby go w pełni zrozumieć. „Breslau cv" rozbija wąski margines pojęć i skupia się na wypowiadaniu relacji ludzi pochodzących z różnych środowisk, stron i państw. Latem znajdzie swoją odsłonę w projekcie artystycznym, spektaklu miejskim oraz panelu dyskusyjnym. Obecnie nad jego kształtem jako części festiwalu pracuję wraz z Jolą Bielańską.

 

Monologiem pourazowym w kontekście sztuki zajmuje się też od lat teatr Krzysztofa Warlikowskiego, który pochodzi ze Szczecina, miasta o splątanych korzeniach. Można powiedzieć, że jego teatr bada stan polskiej mentalności po oczyszczeniu kraju z wszelkich odmienności. Wypowiedzi poszczególnych bohaterów jego sztuk sytuują się w przestrzeni, która jest i wyobrażenia o tym, co mogłoby być. W zależności od miejsca monologi przyjmują postać oskarżenia lub skargi, wycia z bólu lub odrazy. Warto w tym miejscu odnotować większy kontekst patriotycznego wątku, który znajduje się w filmach Marcela Łozińskiego. Jeden z jego synów pracuje przy projektach teatralnych Warlikowskiego, uzupełniając je o obrazy pełne melancholii i goryczy. Filmy Pawła Łozińskiego sprowadzają się do odsłonięcia pewnego paradoksu („Krum"). Pokazują przestrzeń i ulice Izraela wypełnione słońcem, mokrym praniem i porzuconymi przedmiotami. Paradoks tych kadrów polega na tym, że na Ziemi Obiecanej nie ma ani jednego człowieka. Gdzie zatem podziali się ci wszyscy Żydzi?

 

Pewną dawkę gorzkiego, brukowego patriotyzmu zaproponowałam w swojej książce „Całkowity koszt wszystkiego". Bohaterowie tej książki prezentują wcielenie współczesnych polskich patriotów, którzy pozostali w kraju, żeby w pełni uczestniczyć w masowym przekleństwie. Budują nową elitę wcielonego plebsu, żeby zaskandować w myśl pradawnego rytuału. Kiedy pojawiają się w opowiadaniach, wierzą, że budują nowy mit, oparty w całości na upadku romantyzmu. W ich przekonaniu patriotyzm ilustrowany przez Jacka Malczewskiego dawno się przeterminował. Co pozostało? Zgładzenie wszelkich konotacji jakie wywołuje słowo „patria"; obojętnie jakie by one nie były; przywodzące na myśl dom, męża czy ojczyznę. W myśl zapisanego kiedyś zdania „Szczęścia w domu nie zaznał, bo go nie było w ojczyźnie", bohaterowie „Kosztu" żyją na koszt Wielkiej Brytanii. Ich świadomość jako typowych Polaków została zaprezentowana w groteskowym świecie, w którym przeklina się państwo jako tradycję pewnego myślenia. Myślenie jest coraz ciaśniejszym więzieniem dla tych, co wierzą w mit wielkich mięśni, a nie politykę Unii Europejskiej. Czy tacy Polacy mają jakiekolwiek szanse na przetrwanie?



ifigenia 2011-08-20 18:05:56



Wrocławska podomka

Tylko w ciągu ostatnich kilku lat akcje Wrocławia jako miasta wzrosły kilkakrotnie na ogólnopolskiej giełdzie notowań. Za najważniejszym polskim miastem głosowali miejscy politycy, studenci i znani aktorzy. Wrocław stał się centrum kultury głównie za sprawą marketingowego chwytu. Na jak długo?

 

Snobizm na Wrocław trwa od kilku lat. Początkowo dotykał najzamożniejszych Niemców, którzy porwani etykietką historycznego Breslau, pakowali swoje walizki i przyjeżdżali tu na krótkie wakacje. Dłuższe ze względu na nieprzychylną atmosferę i brak jakiegokolwiek zaplecza hotelowego nie wchodziły w grę. Notowania Niemców jako klientów spadały wprost proporcjonalnie do atrakcyjności miasta, które dla niektórych Polaków po dziś dzień jest symbolem piastowskiego grodu. Są oni w stanie bronić tej nazwy wbrew jakimkolwiek faktom z historii. Nie tak dawno rozmawiałam ze spotkaną przypadkiem na przystanku kobietą w średnim wieku, która na pytanie o rodowód Wrocławia, dawnego Breslau, odpowiedziała, że to miasto jest z dziada pradziada polskie. Na krótko tylko w czasie okupacji stało się gniazdem niemieckim. Od momentu wyzwolenia jednak jest typowo polskim miastem. Być może od czasu wyzwolenia Wrocław ze względów marketingowych i politycznych, reklamowano jako ośrodek życia polskiego, ale fakty historyczne mówią wprost; przed wojną Breslau stanowił drugi pod względem atrakcyjności ośrodek w Rzeszy. Było to wielkie i dostatnie miasto, które swoją świetnością doganiało Berlin. Ślady tamtych czasów odnajdujemy w architekturze i urbanistyce miasta.

 

Dziś Wrocław ma dwie twarze; przednią i tylną. Ta przednia służy na pokaz i jest specyficznym wabikiem dla wielkich inwestorów. Tylnia ściana miasta tonie w biedzie. Kilka tygodni temu, podczas kolejnej rocznicy Obrony Breslau, miasta - twierdzy, znajomy wybrał się z aparatem fotograficznym do historycznych dzielnic miasta. Okazało się, że choć upłynęło niemal pół wieku od czasów zawieszenia broni, miasto nosi nadal ślady głębokiego zniszczenia. Fasady domów zostały dosłownie podziurawione od kul, a tynk do dziś nosi ich ślady (http://wiadomosci.polska.pl/spoleczenstwo/article,Metropolia_rzucona_na_kolana,id,327274.htm).

 

Oczywiście można się z tego powodu cieszyć. Traktować ślady wojennych zniszczeń jak pamiątki, bezcenne biorąc pod uwagę remonty i przebudowy, które uczą kolejne pokolenia prawdy historycznej. Bezcenne również ze względu na charakter miasta i jego zmienne losy. Ostatecznie miasto takie jak Wrocław, zasługuje na muzeum, obojętnie jak pojęte i obojętnie, gdzie ulokowane. Choćby w przestrzeni żywego miasta, wprost na fasadach budynku. Miejsce po kuli może stać się znakomitym pretekstem do opowiedzenia ważnej historii o tożsamości miasta. Problem polega jednak na tym, że fakty historyczne są zazwyczaj znane wąskiej grupie miłośników historii. Tymczasem grupa ta nie wykorzystuje albo zwyczajnie nie może wykorzystać kanałów medialnych do propagowania swoich odkryć. Dlatego bezcenne wydaje się łączenie grup zawodowych zainteresowanych historią i przekazywaniem jej w mediach. Projektem tym zajmuje się Breslau cv.

 

Czy któryś z urzędników miasta, słynącego w Polsce z niezwykłej elastyczności, wpadnie na pomysł zakonserwowania dziur po kulach wojennych i wtopienia ich w nową fasadę budynków? Żywa elewacja, na której zapisany byłby ślad po wielkiej i traumatycznej historii, stałaby się kolejnym pretekstem do obchodzenia rocznic upadku miasta. Upadku rozumianego metaforycznie; upadku, który podzielił ludzi i wydawać się mogło, że przyczyni się do wciąż odnawianego konfliktu interesów.

 

Debata nad tożsamością miasta mogłaby się odbyć 17 lipca. Wiąże się ona z urodzinami jednej z najsłynniejszych mieszkanek dawnego Breslau, Anity Lasker, która w czasie wojny trafiła do obozu koncentracyjnego Auschwitz - Birkenau. Przeżyła go dzięki niezwykłym umiejętnościom gry na wiolonczeli, którą studiowała najpierw w Breslau, a potem w Berlinie. Tuż po "Nocy Kryształowej" musiała opuścić elitarne konserwatorium berlińskie i wrócić do Breslau. Jej rodzina została rozbita za sprawą transportów do Auschwitz. Wojnę przeżyła tylko ona i jej młodsza siostra, Renate. Dawna mieszkanka Breslau żyje muzyką do dziś. Przez lata po wyzwoleniu grała w prestiżowej orkiestrze Radia BBC, a potem pod batutą swojego syna. Jej marzenie o muzyce, która ratuje duszę, ziściło się w najtragiczniejszych okolicznościach. Wiadomo, że orkiestra kobieca w Birkenau, w której Anita grała, akompaniowała transportom idącym do gazu. Mimo traumatycznych przejść Anita należy do bardzo wąskiego grona byłych więźniów obozu, którzy po wyzwoleniu nie porzucili muzyki. Dzięki swojej sile potrafili nie tylko do niej wrócić, ale grać te same kompozycje w zupełnie innych dla siebie okolicznościach. Anita Lasker i jej dawny Breslau przestał istnieć. Chcemy przypomnieć sobie jego kształt za sprawą wspomnień, relacji i dyskusji.

 

Czy współczesny Wrocław zachował kształt dawnego Breslau? Okazuje się, że jego rekonstrukcja bardzo dobrze sprawdza się za sprawą architektury, mimo że komuniści zrobili po wojnie dużo, żeby ją zmienić. Tuż po wyzwoleniu Wrocław stał się czymś ważnym w polskiej świadomości; był miastem zdobytym, symbolem nowej Polski i jej odrodzenia. To właśnie w tych pierwszych miesiącach porządkowania biurokracji i tworzenia nowych symboli, powstało powiedzenie "piastowski Wrocław". Służyło ono za zdanie - wytrych do zdobycia pieniędzy na jego odbudowę. Warto w tym miejscu powiedzieć, że w ówczesnej mentalności Wrocław był drugim po Warszawie miastem, które ma tak strategiczne znaczenie. Świetnie oddają to słowa Bolesława Bieruta, który złożył wizytę miastu 28 sierpnia 1945 roku. Zapowiedział on w swoim przemówieniu, że miasto ma szanse na przyszłość, musi zachować jednak stan zaledwie 200 - tysięcznego grodu. Michał Kaczorowski, ówczesny minister odbudowy kraju, w listopadzie 1945 roku, powiedział: "Największym zadaniem politycznym i gospodarczym Polski jest opanowanie ziem zachodnich. Nasz wysiłek musi być zwrócony ku tym ziemiom. Musimy dać świadectwo światu, że te wspaniałe ośrodki jesteśmy zdolni opanować gospodarczo i możemy wziąć odpowiedzialność za ich los, a więc Gdańsk, Wrocław, Szczecin i wiele innych mniejszych ośrodków."

 

To właśnie Szczecin stał się początkowo dużą konkurencją dla Wrocławia. Większość dotacji na rozbudowę szła właśnie do tego portowego miasta. Wrocław miał zachować proporcje 200 - tysięcznego miasta i być jedynie zapleczem Ziem Zachodnich. Żeby wyobrazić sobie stan zniszczenia ówczesnego miasta warto przywołać liczby; 68 procent budynków została zniszczona. Najbardziej zrujnowane były place przy Nowym Targu i dzisiejszym Placu Dominikańskim. Na sieci ulic znajdowało się wiele ponad 300 km gruzów. Niektóre sięgały drugiego piętra.

 

Prawdziwa odbudowa miasta, również w sensie historycznym, czyli przywrócenia dawnej świetności, ruszyła dopiero po śmierci Józefa Stalina. Wtedy powstały pierwsze w mieście budynki socrealistyczne, które co ciekawe, oparte były na planach architektonicznych i urbanistycznych samego Maxa Berga. Przebudowano w jego stylu i według jego pomysłu ulicę Świdnicką oraz Plac Grunwaldzki. Dzisiejsza jego rozbudowa opiera się na ówczesnych planach stworzenia w tym miejscu bardzo nowoczesnego miasteczka akademickiego. Największym projektem socrealistycznym, który do dziś nosi w sobie znamiona "perły architektury" tamtego okresu, był Plac Kościuszki. Jego budowa wiąże się z pierwszym po wojnie sukcesem mieszkaniowym i krytykowanym przez inteligencję aktem "wprowadzenia ludu do centrum miasta". W wyniku przebudowy tego placu mieszkanie dostało na nim 4 tys. lokatorów.

 

Socrealizm w architekturze Wrocławia trwał krótko, bo był dla miasta za drogi. Już w 1957 roku urbaniści odeszli od niego, uznając również odbudowę miasta zgodnie z historią za zbyt drogą inwestycję. Nie zrekonstruowano więc Nowego Targu tylko zabudowano go w nowoczesny dla architektury sposób. Dziś twórcy tego miejsca wstydzą się swoich projektów i wkładu, jaki wnieśli w rozbudowę miasta.

 

Na prawdziwe zjawiska w architekturze i urbanistyce miasta, Wrocław musiał czekać do lat 60. i przełomu lat 70. To właśnie wtedy nastąpiło rozluźnienie najbardziej restrykcyjnych norm budowniczych i ostrożność w podejściu do tak zwanego "historyzmu". Na przełomie tych lat powstały budynki doskonale łączące tradycję Breslau z ówczesnym kształtem Wrocławia. W latach 70. Wrocław zaczyna się rozbudowywać poza centrum miasta. Powstają wielkie płyty i wielkie sypialnie, jak choćby Popowice. W architekturze i urbanistyce miast dominuje wtedy zmienna liczba kondygnacji, miękka linia ulic i kolorowa elewacja budynków.

 

Mimo to pod koniec lat 70. jeden z publicystów i dziennikarzy, Tadeusz Chrzanowski pisał:" W moim przekonaniu odbudowa centrum Wrocławia utknęła w martwym punkcie mniej więcej dziesięć lat temu i nie potrafi wyjść z impasu. Można pisać tomy o odbudowanie Wrocławia, ale faktem pozostaje jedno: To jest wciąż, w ileś tam lat po wojnie, miasto nieodbudowane. To jest miasto wykrotów i połaci, szczerb i zaniechań, z urbanistyką na papierze, a nie w przestrzeni".

 

Małgorzata Olechnowicz podtrzymuje to zdanie, mówiąc wprost, że plany w urbanistyce tego miasta nie istniały wcale, to znaczy wciąż zmieniały się pod wpływem odmiennych zdań, improwizacji urzędniczych i kłótni. Uchroniło to miasto od modernizmu, jak niektórzy uważają po wielu latach.

 

Czy centrum Wrocławia pozostaje zapisem architektury dawnego Breslau? Wydaje się, że nie. Już w 1946 roku jeden z przywódców odbudowy centrum, Emil Kaliski, kierownik grupy roboczej "Stare Miasto", pisał w Biurze Planu Wrocławia artykuł zatytułowany "Wrocław wrócił do Polski". W kilku zdaniach zarysował w swoim tekście "właściwą postawę" człowieka, który ma za zadanie odbudować miasto ze zgliszczy. Propaganda odbudowy Ostrowa Tumskiego otrzymuje w tekście Kaliskiego taki oto kostium: "W wypadku Wrocławia mają one (zabytki) specjalne, specyficzne znaczenie, bo są, powiedziałbym, polską metryką urodzenia tego miasta. Metryką już przyblakłą, miejscami niewyraźną, miejscami zniszczoną. Dlatego z największą ostrożnością, aby zachować dalej to wszystko, co jakimś cudem do naszych czasów przetrwało, należy z powrotem je odtworzyć. I odtworzyć nie tylko. Co mimo zniszczenia przetrwało ponad terenem, ale odtworzyć i to również, co nie chronione przez Niemców rozsypywało się wśród przemijających wieków, aby się skryć wreszcie pod ziemią.(...)

Wrocław polski stanie się antytezą Wrocławia niemieckiego. Nierozerwalnie zwiążemy go z Warszawą, Poznaniem, Łodzią i Krakowem."

 

Czy wobec tak postawionych argumentów pani z przystanku tramwajowego miała jakiekolwiek szanse? Wydaje się, że podobnie jak wiele innych osób, wychowanych na komunistycznej propagandzie, niewielkie. Zniszczone, podziurawione miasto doznało zaraz po wojnie jeszcze jednego wstrząsu, tym razem liczonego w znacznie bardziej subtelnych proporcjach. Najpierw wygnano, a potem przesiedlono do miasta nowych mieszkańców, którzy w tragicznych dla siebie okolicznościach stracili sens dotychczasowego życia. Większość z nich "żyła na walizkach" do końca swoich dni, łudząc się, że pewnego dnia i tak przyjdą do tego miasta Niemcy. Śladem po ich panice i nieudanej próbie dostosowania do obcego miasta odnajdziemy w jego ziemi. To właśnie w kopanych naprędce ogródkach już pierwszej wiosny po wyzwoleniu miasta, sterczały z ziemi wsadzone tam drzewa. Większość z nich pochodziła z okolic Lwowa. Parafrazując słowa słynnej piosenki, "Pamiętajmy o (tych) ogrodach". Zranione miasto w pierwszych dniach wyzwolenia nosiło w sobie niepokojącą aurę. W całkowitych ciemnościach dwie wrogie armie przesuwały się wzdłuż zgliszczy. Jedna z nich kapitulowała i przekazywała miasto drugiej armii, oddając bardzo często znacznie więcej niż wymaga tego kodeks wojenny. O gwałtach dokonywanych na kobietach - żołnierzach niemieckich dowiadujemy się dopiero dziś. W pewnym sensie ich najżywszy i jednocześnie najbardziej rozrywający fragment odnajdujemy dziś w sieci. Oto krótki (dosłownie 8 sekundowy) film o poddaniu się miasta - twierdzy. Bohaterką tej krótkiej sceny jest niemiecka żołnierka, ubrana w męski podkoszulek i spodnie. Brudna, zawszona, z opuchniętym od pobicia i gwałtów okiem, patrzy w obiektyw zgodnie z wytyczną niemieckiej propagandy wojennej, żeby za chwilę wybuchnąć histerycznym, zwierzęcym wyciem okaleczonej kobiety. Obejrzyjcie ten film, żeby uświadomić sobie czym jeszcze był dawny Breslau i rodzące się na jego zgliszczach nowe miasto.

 

http://pl.youtube.com/watch?v=dQWv9KpDWEg


Pracując nad tekstem korzystałam z bezcennej książki Gregora Thuma "Obce miasto. Wrocław w 1945 i potem", wydanej we wrocławskim wydawnictwie Via Nova w 2005 roku.



ifigenia 2011-07-28 18:47:53



Między losem a przeznaczeniem

Używał górnolotnych słów, żeby przypomnieć ludzkości o swoim istnieniu. Żył między dwoma marginesami historii i cudem uniknął politycznego zesłania. Igrał z władzą i możnymi ludźmi. W pewnym sensie stał się symbolem wielkiego losu europejskich Żydów, po których nie pozostał żaden ślad.

 

Wielkie słowa nie pasują jednak do malarstwa Marca Chagalla, ponieważ przez bardzo długi czas krytycy sztuki określali go jako piewcę malarskiego kiczu. W okresie, w którym tworzył kicz utożsamiany był nie tyle z namiastką campu, ile bezwartościową sztuką. To dlatego młody adept rosyjskich szkół zaczął pisać swoją biografię zanim sprzedał swój pierwszy obraz. Chciał w ten sposób podkreślić swój związek z wielką tradycją odrzuconych przez społeczeństwo geniuszy. Dziennik młodego Chagalla doskonale oddaje jego charakter i metodę pracy, jest jednak w równym stopniu zapisem świeżych odkryć debiutanta, co zbiorem historii wymyślonych i nieprawdziwych. Historycy nie mogą na jego podstawie ustalić rzeczy tak podstawowych, jak datę i miejsce urodzenia. Na szczęście na płótnach Chagalla znajdziemy znacznie mniej przekłamań.

 

Co nie znaczy, że Chagall nie fingował swoich dzieł na długo potem jak je sprzedał. Pod koniec swojego życia artysta miał prawdziwą obsesję na punkcie kopiowania własnych dzieł, sprzedanych już do prywatnych kolekcji i muzeów. Nie obchodziło go nawet to, że praktyka kopiowania własnych płócien powoduje, że realna wartość oryginału obniża się drastycznie na rynku sztuki. Co więcej, kopie samego Chagalla były znacznie gorsze od ich pierwowzorów. Artysta należał jednak do grupy malarzy, którym płótna giną lub ulegają zniszczeniu w powodzi czy pożarze, a to właśnie powodowało obsesyjną wręcz chęć odtwarzania swoich dzieł z pamięci oraz fotografii.

 

Gdyby nie przypadkowe odkrycie kilku płócien z 1920 roku, które zamówił Moskiewski Państwowy Żydowski Teatr Kameralny, prawdopodobnie świat nigdy nie dowiedziałby się o prawdziwej wartości artysty. Dzięki przypadkowemu odkryciu nowego źródła chagallowskiej wizji świata, krytycy mogli przyjąć jego malarstwo z uznaniem. Działo się to zresztą w dość sprzyjających warunkach; w momencie po Zagładzie, kiedy starano się przywrócić pamięć o europejskich Żydach.

 

Chagall traktował swoje żydowskie korzenie w ambiwalentny sposób. Przez cały swój pobyt z Paryżu nawiązywał znajomości jedynie z ludźmi spoza kręgu żydowskich uchodźców z Rosji. Zbliżał się do nich jedynie wtedy, kiedy w ich kręgu pojawiał się ktoś zamożny, kto zdaniem artysty mógłby stać się jego mecenasem. Jednocześnie w swoim malarstwie gloryfikował "rosyjski bałagan" Żydów, których świat już po rewolucji odchodził w niepamięć. Chagall przez całe życie walczył z silną wizją sztetli i wszelkimi konotacjami, jakie wywoływały w nim słowa z jidysz. W pewnym sensie jego malarska wizja ma wiele wspólnego z pisarskim losem Brunona Schulza.

 

Najważniejszą kategorią, wokół której rozgrywa się malarski teatr Chagalla jest pamięć, traktowana w bergsonowski sposób. Wspomnienia o świecie zapamiętanym z dzieciństwa nakładają się na całkiem świeże obrazy ulicy i ludzi, których znał dorosły artysta. Pełna wizja malarska wymagała użycia również całkiem współczesnych motywów; wieży Eiffla, samochodów, szybkiej kolei czy czołgów. Mimo wielkiej dbałości o naturalne, naiwne skojarzenia, z którymi chciał być utożsamiany, Chagall doskonale wykorzystywał wszelkie nowinki i style. Inspirował się dadaizmem oraz fowizmem. Korzystał też z bogatego słownika jidysz oraz tradycji żydowskiej baśni, w której historia i mit zlewają się w jeden obraz.

 

W przeciwieństwie do drogi życia jaką pokonał artysta (najczęściej poruszał się na trasie Witebsk - Odessa), droga jaką musiał przejść w artystycznym świecie była nieporównywalnie dłuższa. Za życia zmagał się nie tylko z własnymi obsesjami (miał niespotykaną nieufność do sprzedawców jego obrazów), ale przede wszystkim surowym sądem krytyków, którzy najczęściej określali go zdawkowo jako malarza naiwnego. Czy książka Jonathana Wilsona przywraca Chagalla malarskiemu światu? Tak, czyni to jednak z nużącą, a uznaną za świeżą i zapewne nowoczesną modą, która wymaga od sprawnego krytyka doszukiwania się w biografii artysty wątków co najmniej gejowskich. Czy Chagall miał skłonności homoseksualne? Być może. Kogo to jednak z jego miłośników naprawdę interesuje?

 

Jonathan Wilson, Marc Chagall. Biografia, przełożył Jarosław Skowroński, Wydawnictwo WAB, Warszawa 2008.

 


ifigenia 2011-07-01 20:47:31



Ślizg po n-tej fali

Wrocławski feminizm karmi się najbardziej przerysowanymi obrazami zwierząt i typowo historycznym podejściem do procesu tożsamości. Rozpięty między działaniami artystycznymi i mozolnym trybem wykładów akademickich wciąż czeka na swoją liderkę. W tej chwili najbardziej znamienny dla określenia jego kondycji jest letarg. Tylko Wrocław nie organizował co roku wielkiej Manify. Przypadek? Raczej suma środowiskowego nie dogadania.

 

Feministyczne nie dogadanie zaczyna się od mediów lokalnych. Co roku z właściwą sobie niewiedzą, nonszalancją i brakiem wyczucia rozpoczynają kampanię poszukiwania sensacji w feminizmie. A jest to dość klasyczny, nudny i mało medialny kierunek myślenia, który świat przerobił kilkanaście lat temu. Gdyby spojrzeć na feminizm jak na proces, okazało by się, że feministyczne jest kolejne pokolenie mieszkanek Wrocławia. Czy z tej perspektywy feminizm jest jeszcze tematem medialnym?

 

Wrocławski feminizm obudził się bardzo wcześnie. Mieliśmy we Wrocławiu doskonale działające koło gender studies, które powstało w Polsce jako jedno z pierwszych. Dzięki niemu do Wrocławia co poniedziałek przyjeżdżały z okolicznych miast i wiosek dziewczyny, które chciały przejść przyśpieszony i nieco chaotyczny kurs feminizmu. W integracji tego środowiska najważniejszą rolę odegrał Internet. Co ciekawe, feminizm w tych czasach kojarzony był głównie z nowym nurtem akademickiego dyskursu, który bardzo dobrze zareklamowała profesor Maria Janion. Zanim pierwsze warszawianki wyszły na ulicę z transparentem "Demokracja bez kobiet to pół demokracji", wrocławski feminizm utożsamiany był nadal z grzecznym wykładem lub spontanicznym działaniem z anarchizującymi mieszkańcami skłotów. Pierwszy ruch na rzecz polskiego feminizmu wykonała "Gazeta Wyborcza", opisując go w kategoriach nowego zjawiska z pogranicza mody miejskiej. Media lokalne nigdy nie zrobiły z tego użytku. Debaty medialne we Wrocławiu, które rozpoczynały się w marcu, zmierzały do sportretowania karykaturalnej figury feministki walczącej, której na próżno by szukać w rzeczywistości. Marnowano w ten sposób nie tylko szansę na dydaktyczną, otwartą debatę, ale również publiczne zastanowienie się nad kształtem politycznym demokracji na Dolnym Śląsku.

 

Feminizm na Dolnym Śląsku odżegnuje się od jakichkolwiek skojarzeń z patriarchatem. To właśnie alergia feministek na władzę powoduje, że wrocławskie środowisko nie ma nadal wyraźnej liderki lub symbolu pokroju Kazi Szczuki. Brak hierarchii wewnątrz ruchu przekłada się na brak autorytetu i spowolnione działanie. Siła decyzyjna leży pośrodku, czyli nigdzie.

 

Obszarem, w którym feminizm zaczyna się opłacać jest sztuka. Na feministyczne korzenie wskazuje pismo artystyczne "Rita Baum", które w jednoznaczny sposób kojarzy się z kobiecością za sprawą swojej nazwy. "Rita Baum" przenosi czytelnika w mistyfikację literacką z końca XIX i początków XX wieku, nawiązując do imienia i nazwiska dawnej mieszkanki Breslau, Żydówki niemieckiego pochodzenia.

 

Wokół pisma zintegrowało się malownicze środowisko miejskich świń, czyli wrocławskich feministek trzeciej fali. Młode dziewczyny nawiązują w swoich działaniach ulicznych do Pomarańczowej Alternatywy, bliski jest im literacki pierwowzór kobiety - świni zaczerpnięty z surrealistycznej powieści Marie Darrieussecq, pt." Świństwo". Miejskie świnie podważają utarty stereotyp kobiety, który skonstruowały media oraz język reklamy. W swoich hepeningach nakładają różowe ryje na gumce, wykrzykują hasła "W stadzie raźniej" oraz odsłaniają zarost na łydkach. W swobodny, niezobowiązujący sposób deklarują "krótkotrwały" feminizm, szydząc w ten sposób z koturnowej ideologii. Co więcej deklarują gotowość przejścia na stronę wroga, czyli "szowinistycznej, męskiej świni". Dzięki ich obecności w mieście poprzednie Manify miały coś z kabaretu i teatru ulicy.

 

Do wrocławskiej historii nawiązuje również projekt poświęcony konstruowaniu współczesnej tożsamości "Breslau cv". Pierwotnie projekt ten związany był z motywem odtwarzania mapy pamięci w oparciu o wspomnienia z nieistniejących fragmentów miasta. Multimedialna mapa miała zawierać wspomnienia Niemców, Żydów i osiedlonych po wojnie Polaków, którzy przechowali w swojej pamięci odłamki Breslau. Dziś projekt ewoluował do postaci działań artystycznych, angażujących kilka pokoleń mieszkanek i mieszkańców Wrocławia. Podczas jego trzydniowej odsłony (15 - 17 lipca), będzie można odgadnąć, na czym polega współczesny, wyzwolony z własnej sztywnej konwencji, poparty doświadczeniem, feminizm.

 

Wrocławski feminizm kojarzony jest ze zjawiskiem niejednoznacznym i opierającym się sztywnym definicjom. Środowiskowy podział i niezgoda na patriarchalną hierarchię irytuje ludzi z zewnątrz. Mieszkańcom tego miasta może się jednak kojarzyć z historią. Ostatecznie, jak sobie to tłumaczę, tak wielokulturowe miasto, z tak pogmatwaną historią, musiało nawet w feminizmie znaleźć swoją lokalną specyfikę.    


Tekst ukazał się w dziale opinii "Polski. Gazety Wrocławskiej".



ifigenia 2011-06-20 11:50:15



Tożsamość pourazowa

Wrocław jako jedne z nielicznych miast w Polsce w dalszym ciągu buduje swoją tożsamość. Dzieje się tak za sprawą jego mieszkańców oraz niespójnej historii. Przerwany ciąg budowania tożsamości zbiera swoje żniwa. Jednym z nich jest projekt multimedialny mapy pamięci Breslau cv.

 

Nie tak dawno Ryszard Nyczek zbudował tezę o współczesnej kulturze, która w całości opiera się na oddzieleniu ról społecznych i poszatkowanej konwencji. Jedną z zasad organizujących tożsamość współczesnego bohatera literackiego jest odnajdywanie własnej integralności w poczuciu nieautentyczności oraz rozpoznawanie siebie w kontekście wyłącznie doświadczeń negatywnych. Bohaterowie współczesnej kultury żyją w aspekcie wyobcowania, które można by zatytułować hasłem: "każdy z nas jest przybyszem". W pewnym sensie dynamika organizacji tak pojętego schematu spotyka mieszkańców takiego miasta jak Wrocław.

 

W kulturze Wrocławia odnajdujemy zapis tego, co generuje współczesna dynamika stylistyczna; większość sztuki, która tu powstaje znajduje swój wyraz w akcie transgresji, karykatury, pastiszu czy jawnej konfrontacji. Wydaje się, że artystyczna mapa Wrocławia osadza się na zmyśle prowokacji. Jednocześnie z rejestru poszarpanej tradycji wyłania się obraz świata, który nie ma wyraźnych granic ani twardej struktury tradycji. To płynny świat, który każde kolejne pokolenie Wrocławian może plastycznie kształtować. W najnowszej sztuce Wrocławia widać wyraźnie jeszcze jedną tendencję; pokolenie współczesnych trzydziestolatków wróciło do historii miejsca, w którym żyje. Uskutecznia tym samym nieco utopijny obraz związania jedną klamrą dwóch odległych w czasie i przestrzeni miejsc; dawnego Breslau i współczesnego Wrocławia. Pokolenie trzydziestolatków, które tworzy mapę pamięci doskonale wie, że porusza się po obszarze zastrzeżonym i obwarowanym przez strach, traumy, wyparcia oraz uprzedzenia. Mimo to daje świadectwo i prawdę miejscu oraz jego historii.

 

Szacunek do miejsca jako świadka historii odtwarza najnowsze tendencje w socjologii, pokazuje też jaką siłę ma przestrzeń jako bufor pamięci. Wrocław kojarzy się turystom i historykom z miastem - pasażem, które zdobywane było wciąż od nowa przez kolejne pokolenia "obcych". W wyniku takiej transfuzji zdobyło w sobie wiele pokładów doświadczeń, które nie przekazywano sobie z pokolenia na pokolenie. Wręcz przeciwnie, w wyniku specyficznej historii tego miasta, doświadczenie jako wartość zostało odrzucone. W warstwie wypartej pozostała pamięć o tym mieście jako kolebce sztuki czeskiej, niemieckiej czy żydowskiej.

 

Do dziś nie wiadomo właściwie z jaką warstwą doświadczeń identyfikują się współcześni mieszkańcy miasta. Być może najbliższa ich doświadczeniu pozostaje figura z teorii Julii Kristevej, czyli "abject". W specyfice abjectu zawiera się doświadczenie elementu wypartego i odrzuconego przez oficjalny paradygmat. Współczesnymi abjectami pozostają więc Żydzi, Romowie, mniejszości seksualne czy kobiety. Czy w tak skonstruowanym skafandrze tożsamościowym poruszają się mieszkańcy Wrocławia? Czym dla nich jest mityczny, legendarny Breslau? Czy można go porównać z Odessą, miastem wyjętego ze snu, o którym równolegle śnią zwaśnione przed laty narody?

 

Specyfika Wrocławia dotyka nie tylko sztuki. W mieście takim jak nasze bardzo specyficznie pojmuje się rolę polityki oraz patriotyzmu. Wskazywanie na historię miasta oraz jej splątaną tożsamość bywa mylona z procesem politycznego podżegania do nienawiści wobec Niemców lub Żydów. Otwarcie się na problem wielkoluturowości bywa mylone z tanią reklamą na rzecz zdobywania środków finansowych lub okresową modą.

 

Wrocław prowokuje. Wyznacza też nowe trendy w podejściu do problemu tożsamości i budowania mapy współczesnego miasta. Sytuuje się na drugim krańcu skali, którą wytyczają młodzi europeiści. Paweł Kubicki z Uniwersytetu Jagiellońskiego otrzymał grand na badania poświęcone różnicy między Krakowem a Wrocławiem. W tej chwili rozpoczyna cykl badań i wywiadów związanych z procesem dynamiki i rozwoju obu podobnych do siebie ośrodków, z których każdy zupełnie inaczej podchodzi do procesu tożsamości. Kraków broni tradycji oraz hierarchicznej struktury władzy, Wrocław pozostaje miejscem, gdzie do głosu dochodzą ludzie "znikąd". Tylko nasze miasto ma tak silne powiązania z internetowym światem blogów, które poruszają wprost problem poczucia identyfikacji, tożsamości i znaczenia miejsca. Nie tak dawno na niezwykłą dynamikę miasta zwracał uwagę nieżyjący już profesor Wojciech Sitek. W swoich wypowiedziach niejednokrotnie mówił o aspekcie tolerancji oraz głodzie na odmienność w mieście, które zmuszone było przez wieki do uległości i gościnności wobec obcych. To między innymi spowodowało, że właśnie we Wrocławiu powstała pierwsza w Polsce jadłodajnia wegetariańska czy klub gejowski.

 

Tło historii oraz dynamika życia we Wrocławiu odsłania pewną współczesną tendencję; postuluje upadek mitu rozumianego w kategoriach rytuału. Doktor Piotr Żuk z Uniwersytetu Wrocławskiego mówi o tym wprost; żyjemy w czasach, w których nie ma wspólnej tożsamości, w jej miejscu pojawił się styl życia. Upadł mit trendu mieszczańskiego. Jego miejsce zastąpiła melancholia.

 

W dniu, w którym patriotyzm lokalny został sprowadzony do postaci haseł z podręcznika Unii Europejskiej warto przypomnieć sobie lekcję, którą dostaliśmy w momencie wstąpienia do niej. Ktoś wtedy powiedział na wrocławskim rynku; mieliśmy patriotyzm od "patrii", czyli ojczyzny, ale teraz nasz patriotyzm zmienia swoje oblicze. Dziś patriotyzm opiera się na szerokim kontekście geografii i kontynentu. Ta definicja być może najlepiej oddaje plastykę takiego projektu jak Breslau cv.

 

Nasz projekt odwołuje się do zbioru doświadczeń jako kategorii prawdy. W perspektywie wielu głosów oficjalnych dyktowanych zmieniającymi się odcieniami polityki oraz propagandy, liczy się głos pojedynczego świadka, niewykorzystanego dotąd w relacji historycznej. Dlatego właśnie Breslau cv tak głęboko utożsamia się z intymną relacją człowieka. Specyfika naszego projektu dotyka również pokładów pamięci zbiorowej oraz osadza się na intuicyjnym postrzeganiu miasta przez artystów. W dobie wielokrotnych modyfikacji oraz zniekształceń medialnych wierzymy w siłę prostych skojarzeń.

 

Breslau cv to projekt - puzzle. Pierwsza jego odsłona udowodniła nam, że historia nie jest już samowystarczalna i potrzebuje pomocy innych narracji; socjologicznych, psychologicznych, artystycznych. Wierzymy, że swoim projektem oddajemy specyfikę zmian dokonujących się  w świecie oraz naszym mieście. Festiwalowa odsłona projektu pozwoliła nam przyjrzeć się i zweryfikować osobliwe kształtowanie się współczesnych tożsamości. Przy udziale wielu artystów, panelistów, dziennikarzy czy krytyków sztuki podjęliśmy trud uzupełnienia kilku brakujących miejsc na mapie naszej pamięci. Skorzystało na tym miasto.

 

Elitarny projekt, skupiony na intymnej relacji świadków otrzymał zielone światło od organizatorów Wrocławskiego Forum Festiwalowego. To nietypowe wyróżnienie w czasach, w których sztuka przemienia się w festiwalową przekąskę. Podziwiamy odwagę oraz podjęte ryzyko, które organizatorzy Przestrzeni Miejskiej Wrocławia Non Stop 08 zamanifestowali. Chcemy udowodnić, że działania artystyczne, publicystyczne oraz filmowe przyciągną uwagę wychowanej publiczności. Wiadomo, że to właśnie ona uczestniczyła w największych próbach artystycznych Wrocławia, które wyniosły nasze miasto na odpowiedni poziom skojarzeń.

 

Przyświeca nam dewiza procesu i świadomość, że Breslau cv powstał jako odpowiedź na potrzeby ludzi. Wierzymy, że w procesie wspólnego przyglądania się swoim tożsamościom nie ma nic groźnego, przeciwnie może się okazać, że wzajemne "oglądanie się" wpłynie na wszystkich inspirująco. Ostatecznie jak założyłyśmy wspólnie z Jolą Bielańską, Breslau cv to zadanie budowania życiorysu miasta i dorzucanie do życiorysów artystów kolejnej cegiełki.

 

Obserwujemy pewien wyścig podsycany przez media. Ścigamy się z Krakowem o miano stolicy kulturalnej Polski. W przeciwieństwie do Krakowa mamy do zaoferowania kawałek historii podanej w atrakcyjnym kostiumie. Czy to zdecyduje o zwycięstwie w jakiejś kategorii? Bez względu na wynik jesteśmy pewni, że dzięki projektowi Breslau cv docieramy do pokładów historii wypartej ze świadomości naszych dziadków, nie oglądanej przez naszych rodziców i odrzuconej przez część propagandystów. Dziś dzięki odważnej konfrontacji wiemy już, że Niemcy nie kupią Polski, mogą co najwyżej przyjść, żeby podzielić się z nami wspólną historią.

 

Czym jest dziś dla nas Breslau cv? Pozostaje mostem, papierkiem lakmusowym, probierzem tego, co aktualnie dzieje się z Wrocławiem i we Wrocławiu.

 


ifigenia 2011-06-15 17:19:10



Uzupełnienie dokumentu

Trudno o jednoznaczną definicję pisarstwa Hanny Krall. W czasach, w których każde słowo można podważyć, jej powściągliwy styl mierzy się miarą udanego reportażu. Tymczasem najnowsze książki Krall każą nam wierzyć w zatarcie granic między reportażem a pisarstwem. Niczego nie wymyślam, pisze Krall, ja tylko scalam pęknięte lustro.

 

Idea popękanego lustra, zbitego naczynia, zagubionej części, bez której świat nie wydaje nam się już idealny, odwołuje nas do najstarszych mitów na ziemi. Krall wierzy w idealny obraz zagubionego świata, który został ostatecznie zniszczony podczas Zagłady. Gdzie jeśli nie tu ukazywać się powinny znaki i cuda? Pytali w dziennikach członkowie załogi Sonderkomanndo, którzy pracowali w krematorium. Tropem ich skojarzeń posuwa się Krall. Jej literackie kroki przypominają rolę detektywa. Nie śledzi jednak Krall niczego nadzwyczajnego, a właściwie nie śledzi znaków cudów. Ona je znajduje w życiorysach bohaterów. Każdy człowiek, pisze Krall, jest ślepą zagadką. Głaz, tkanina nieprzepuszczalna, tajemnica, którą rozwikłać może jedynie cierpliwy słuchacz. Więcej słucham niż piszę, podsumowuje swoją drogę twórczą Krall.

 

Udany reportaż zaczyna się od tematu. Reporter podąża potem tropem swoich skojarzeń i wyciąga wnioski z sytuacji, którą zastał. W pewnym sensie odkrywa świat, który powstał zanim do niego dotarł. Bada więc literackie corpus delicti. Świat widziany oczyma reportera różni się od tego, który opisuje bohater, dlatego Hanna Krall powtarza, że jej bohaterowie nie lubią jak o nich pisze. Nie tyle, że pisze, ile w jaki sposób. Bohaterowie świata Krall nie odczytują się w jej skojarzeniach. Pozostają one czytelne jedynie dla postronnych osób. Czy tylko  w ten sposób można dziś przekazać ideę o zbitym lustrze?

 

Ślady wydobywane przez Krall pozostają znakiem i symbolem czegoś powszechnego, a jednak odmiennego. W ciasno skomponowanych zdaniach, szczelnie wypełnionych  t a m t y m  czasem, Krall ukazuje swoje umiejętności przenikania przez głazy, półprzeźroczyste tkaniny i mury. Ile stron pisze pani dziennie? Pytają ją dziennikarze. Napisać trzy, pięć dobrych zdań to już sukces.

 

Odsączanie prawdy, wydobywanie jej z niepamięci bohaterów trwa latami. Krall w równym stopniu zabiega, co boi się przypadkowych zwierzeń. Otrzymuje setki listów od ludzi, którym otworzyła furtkę do zwierzeń. Nie wszystkie historie nadają się jednak do opowiedzenia. Krall jest łącznikiem między historiami, które muszą sobie znaleźć ujście. W pewnym sensie najwięcej opowieści ginie lub rodzi się w niej samej. Często nudzę się, mówi Krall, kiedy ktoś opowiada mi źle brzmiącą historię. Równie często jednak ta źle opowiedziana historia łączy się z inną, którą reporterka usłyszała w innych okolicznościach. Gonić przypadkowe zdarzenia, dać im spotkać się w wyobraźni, odszukać i ułożyć na miejscu brakujące ogniwo rzeczywistości, oto moja rola. 

 

Nie jestem nikim ważnym, upiera się przy swoim cieniu Krall. To prawda, na tle wielkiej historii, o której opowiada, wydaje się jedynie zagubionym we współczesności kronikarzem. Pieczołowicie odtwarza szczegóły, w których po raz kolejny, mimo protestu, umieszcza swoich bohaterów. Jej literacka rekonstrukcja nie istnieje bez szczegółu. Fiksacja na nim znana jest bardzo dobrze tym, którzy Krall poznali. Telefony, w których prosi o przypomnienie sobie zupełnie wypartego z pamięci szczegółu. Listy, które wysyła za morze tym, którzy już nie żyją. Krall porusza się po cienkim lodzie historii, spraw i ludzi. Jest niczym tkanka łącząca coraz odleglejsze geograficznie światy. Jej bohaterowie pamiętają polskie piosenki z dzieciństwa i potrafią sobie przypomnieć imiona przedwojennych sąsiadów, a jednak nie mogą cierpliwie wspominać. Wspomnienia zostały im odebrane wraz z poczuciem zagrożenia i wielkiej straty. Krall jest zatem jednoosobową spółką, która zajmuje się sortowaniem pamięci. Kręci się niespokojnie po światach i ludziach, przybiera postać spowiednika i przekaziciela poufnych informacji. Ludzie jej wierzą. Jakąś częścią własnego dzieciństwa przynależy do tych wymierających świadków Zagłady.

 

Więc kim pani jest? Pytają ją w wywiadach dziennikarze. Nikim ważnym, jestem sumiennym reserczerem.

 

Krall wypłynęła na książce o Marku Edelmanie. Opowieść, którą nazwali wspólnie "Zdążyć przed Panem Bogiem", jest zapisem ich wieczornych rozmów. Krall nie pojechała do Łodzi rozmawiać z dawnym powstańcem. Miała napisać o zakładach tkackich i strajkujących szwaczkach. Przypadek sprawił, że zatrzymała się u Marka. Dziś Edelman mówi, że to wspólna książka, a Hania postawiła w niej po prostu kropki. Rytm zdań wypowiadanych przez jednego z przywódców powstania w getcie zdobywa sobie coraz więcej czytelników. Edelam mówi: Hania miała tę siłę przebicia.

 

Zawiadomić czytelnika. To zadanie, którego podejmuje się Krall od wielu lat. Rezonans jej książki o powstaniu w getcie sprawił, że funkcja zawiadamiania zmienia swój kierunek. Już nie tylko czytelników będzie Krall zawiadamiać, ale również swoich bohaterów. Wtedy, kiedy okaże się, że losy ich rodzin są bliźniaczo podobne. Różne rzeczy wiem, pisze Krall, a wszystkie od moich bohaterów.

 

Dynamika zapisywanych historii zależy od bohaterów. Metoda podsłuchiwania rytmu, w którym mówią sprawdziła się doskonale w "Zdążyć przed Panem Bogiem". Skromna książka napisana w kilka wieczorów była cyzelowana przez kolejne tygodnie i miesiące. Okazało się, że współczesna historia odczytywana w nieliniowy sposób przyciąga czytelników. Kompozycja książkowego reportażu o dawnej historii zmierza w tym samym kierunku. Wyznacza ją zagmatwana i splątana pamięć ludzka. To dlatego większość reportaży Krall pisana jest "nie po kolei".

 

Biografia Krall i jej miejsce w świecie determinuje jej pisarstwo. Dziś znacznie częściej teoretycy literatury klasyfikują jej reportaże jako przykład literatury pięknej. Problem z wyraźnym rozgraniczeniem gatunku, który uprawia bierze się stąd, że Krall przykłada bardzo dużą uwagę do formy. Styl w jej kompozycjach jest nienaganny, a forma piękna. Wstydzę się jej, deklaruje Krall, a jednak nawet śmierć musi być u mnie piękna.

 

Tym sposobem Krall zbliża się do dynamiki współczesnej estetyki i języka mediów. Nie wprost oczywiście. Jej literatura, mimo że wzorowana na prawdziwym życiu i prawdziwym bohaterze, dotyka spraw mitu. Często bajki, która w terapeutyczny, nieco magiczny sposób oczyszcza skażoną bólem przestrzeń. To Bethelheim jako pierwszy wskazał na wyraźną różnicą między mitami i bajkami w literaturze. Według niego wszystkie mity kończą się źle. A zatem Krall byłaby współczesną apologetką mitu. Strażnikiem ostatecznego obwieszczenia.

 

Pamiętamy z lektur szkolnych, że Hanna Krall pisze nie o historii, ale pamiętaniu. Właśnie dynamika ludzkiej pamięci podnosi jej pisarstwo do rangi arcydzieła. Właściwie lektura jej książek nie przynosi nam spodziewanej wiedzy o tym, jak mamy żyć, ale oddaje całą kruchość i ulotność stanów, na jakie cierpimy żyjąc. Los utracony wielu milionów ludzi w czasie wojny staje się niepostrzeżenie zapisem o ulotności pewnego popołudnia. Dzień jest u Krall piękny choć bywa wyrocznią.

 

W twórczości Krall największą rolę odgrywa środek, który przechodzi niemal niezauważalnie we współczesnej literaturze. Biel, skrót, cisza, literackie zażegnanie. Kto wie czy współcześni dziennikarze kojarzą w ogóle te tropy. Prawdopodobnie najbliższa literacko Krall znajduje się twórczość Marguerite Duras. Kompozycje obu pisarek przypominają warsztat pisarzy metafizycznych. Ten paradoks odkrył nie tak dawno Piotr Bratkowski.

 

Wierzyć w rzeczywistość tak bardzo, że zacząć ją spisywać. Czy nie w takich słowach odnalazł się Miron Białoszewski i Ryszard Kapuściński? Nie oceniać, nie przystawiać innej formy niż ta, którą odsłania nam obecny świat. Krall bywa kojarzona z mistrzami polskiego reportażu. W procesie jej pisarstwa największą rolę odegrał Marian Brandys, z którym kłóciła się o rolę prostoty. Jej pierwsze reportaże raziły go kunsztownością formy. Po kilku, kilkunastu latach pracy krytycy zachwycają się telegraficzną precyzją jej języka.

 

Kim jest Hanna Krall dzisiaj? Jak bywa odczytywana we współczesnej Polsce i kto ją właściwie czyta? Okazuje się, że jej dokumentalne baśnie prowokują do literackiego wysiłku kilka pokoleń czytelników. W Polsce, Niemczech i Izraelu. Czytana jest równolegle i przez pryzmat nie granic czy odległości, ale kompensacji, zbiegu okoliczności i zmienności losu. Los bywa u niej wymienny.

 

Krall konstruuje swoje baśnie w oparciu o zasadę "optymizmu tragicznego", o którym austriacki psychiatra, Viktor Frankl napisał kilka książek. Polega on na tym, że mimo bólu wynikającego na przykład ze wspomnień, człowiek mówi życiu tak. Jego "tak" nie jest głośne, nie wiąże się ze szczególnym uniesieniem czy poczuciem zwycięstwa. Być może wypowiadane jest nawet szeptem jak zdradzona sobie samemu tajemnica.

Jacek Antczak, Reporteka. Rozmowy z Hanną Krall, Rosner & Wspólnicy, Warszawa 2007.

 


ifigenia 2011-06-04 09:19:20



 

 
 
{smscontact}